rozmowa u krańca „ciemnej doliny”

* * *

Gdy dochodzimy do sadu –
zanosi się zadyszką,
po paru zdaniach
zanosi się kaszlem.
– To tylko alergia – mówi jakby sama siebie chciała najmocniej przekonać –
na brzozy – dodaje.
Ale jem i jestem coraz silniejsza.
Opada ciężko na leżak.
– Pij – mówię – podając jej szklankę wody.
Zbiera się w sobie jakby musiała przepłynąć długość basenu, nie zaś przełknąć łyk wody.

Na policzkach gruba warstwa różu.
– Ale chyba dobrze wyglądam, prawda? – pyta z nadzieją.
– Tak, dobrze. – odpowiadam szybko.
Może za szybko.
– Utyłam, wiesz? Ważę już 47 kilo – uśmiecha się blado – Już teraz wiem jak to jest być chudym jak ty.
– Ja też utyłam – śmieję się – Ważę 57.
– Wiesz, miałam szczęście. – poważnieje nagle.
– Wiem. W porę wykryli. Można leczyć.
Pije łyczek wody. Owija się szczelniej.
– Zimno mi.

* * *
Zadzwoniła do mnie następnego dnia po śmierci Ewy. To była Środa Popielcowa.
Tego samego dnia zaczęłam za nią odmawiać pompejankę.

Pierwsza diagnoza – rak z przerzutami.
Druga, po serii badań – gruźlica rozsiana po całym organizmie.
– Jakie to szczęście, że to gruźlica – mówi ona.
– Kamień spadł nam z serca – odpowiadam.
– Otarłam się o śmierć. Darowano mi drugie życie – mówi cicho – Teraz wszystko widzę inaczej. I… wiesz – to łaska, ta choroba. Wszystko się zmieniło. Ja. Moja relacja z mężem, znów modlimy się razem, siostra zaczęła się do mnie odzywać, wyjaśniłyśmy sobie wszystko. Znowu jest dobrze. I On… znowu jest taki bliski. A myślałam, że we mnie już wszystko wygasło. Jestem taka szczęśliwa. Fizycznie jestem słaba, ale taka szczęśliwa Rut.
Chuda zszarzała twarz rozjaśnia się od środka.

Wierzę jej.
W każde jej słowo.

* * *

– Mogę przyjechać w następnym tygodniu? – pyta – Boisz się?
Ściągam brwi w namyśle.
– Nie Bello, nie boję.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na rozmowa u krańca „ciemnej doliny”

  1. mama trójeczki pisze:

    Tak, taka choroba to szansa na nowe życie. Wiem, bo sama to przeżyłam. Ale cena jest też wysoka. Na samo wspomnienie przechodzą mnie ciarki. Może tak musi być, inaczej nic by się nie zmieniło?

  2. ruttka pisze:

    Pewnie cena musi być wysoka, bo mało sobie cenimy to, co jest zbyt proste.
    Wciąż pamiętam słowa Jezusa do Alicji Lenczewskiej: ” Cierpienie jest lekarstwem. I taki jest jego sens”.
    Bolesne i trudne zdanie, ale tyle razy już się przekonałam, że jest prawdziwe. W swoim i nie w swoim życiorysie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *