przyjaciel sad

To zdjęcie, które widzicie u góry strony to mój sad.

Ten, o którym tyle Wam piszę, który jest tłem i miejscem akcji części mojego życia, moich wędrówek, moich myśli… Ten, w którym się modlę, słucham kropel deszczu, zamyślam nad biedronkami i ptasimi trelami…
To tu jest słynna ławeczka w cieniu brzozy i zakątek z małym brzozowym krzyżykiem, gdzie przychodzę z różańcem. To do niego prowadzi ścieżka upleciona ze 120 kroków. A w samym jego środku jest betonowe koryto jak z innej bajki, na którym siadam i wsłuchuję się w siąkanie Pana Poranka.
To nad tym dzikim sadem słyszę zawsze klęgor żurawi, które jak wahadło zegara odmierzają wiosny i jesienie kolejnych lat. To tutaj tropię ślady dzikich przyjaciół odbite na śniegu. I szepty Boga w moim sercu.

Ale to zdjęcie jest już stare. Sad na nim jest jeszcze małym sadem. Widać, że zapomniał już rękę człowieka, ale jabłonki wciąż rosną w przykładnych szeregach, jak je niegdyś posadził mój dziadek. Jest zarośnięty, lecz jeszcze niezupełnie dziki.
Dziś sad został zupełnie zagarnięty przemożną ręką natury. Jest w nim cały jej chaos i ład, piękno i groza, nieprzewidywalność i harmonia, niedostępność i otwartość, zadziorność i łagodność.
Wszystko, co może pomieścić sad. Wszystko co może pomieścić serce człowieka.

Nie myślę o tym sadzie jak o kawałku krajobrazu czy skrawku martwej ziemi. On jest jak żywa istota, wciąż rosnąca i rozwijająca się, towarzysząca mi w mojej drodze.
W gruncie rzeczy jest podobny do każdego z nas. Jest podobny do mnie. Tego wszystkiego, co noszę w sobie i czego żadne słowa wyrazić nie zdołają.

Bóg daje nam za przyjaciół nie tylko osoby. Podarowuje nam przyjaciół – miejsca.

Przyjaciel pomaga nam odkryć tajemnicę nas samych, złożoność naszej istoty i jej nieprzebrane bogactwo.

Odkryć w sobie delikatność przędzy pajęczej rozpostartej między gałązkami głogu…
i cierpkość owocu dzikiej róży, która sama wysiała się w sadzie…
płaczliwość mżawki spływającej po liściach…
Odkryć w sobie upojność zapachu mirabelkowych kwiatów…
i zgniłość jabłka, które opadło w trawę bez osiągnięcia dojrzałości…
Odkryć w sobie kalectwo jabłoni z obłamanym konarem…
i jej płodność jesienną na pograniczu szaleństwa…
Odkryć w sobie spod sterty słów, ten krzyk na dnie serca podobny do krzyku jastrzębia – nieziemską rozpacz i tęsknotę…
i swoją miękkość podobną podszewce liści podbiału…
Odkryć swoją agresję i żal i radość, niewinność dziecka i rozczarowania starca, ból, szaleństwo, bogactwo i biedę.

Wszystko to odkryć i przyjąć. Dotknąć. Pochylić się jak nad liściem, źdźbłem trawy, tropem zajęczym…
Tego mnie uczy mój sad.
Od dziesięciu lat.

Dlatego tak go lubię.
Takim, jaki jest.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *