Wracamy od przyjaciół. Noc. Przed nami długa droga. Jej kraniec tonie w ciemności i gdyby nie rzędy świateł po obu stronach, trudno byłoby określić dokładnie gdzie droga, a gdzie bezdroże się zaczyna.

Małe punkty przed nami układają się w jasny szlak prowadzący do domu. Można je oczywiście zignorować; kusi myśl, że to nudne podążać wyznaczoną trasą; ściany lasu po prawej i lewej obiecują lepszą przygodę, czerń poboczy ma coś z mocy magnesu.
Można posłuchać szeptu bezdroży. Nie ma tam zasieków ni wysokiego płotu wzbraniającego wstępu.
Można. I przecież posłuchaliśmy w życiu nie raz. Nikt nie zatrzymywał. Nie szarpał za ramię. Jasne punkty wyznaczające drogę do domu milczały nienachalnie.
I poszliśmy. Nie raz. Nie dwa.
I szybko lub dużo później, poszarpani na strzępy, szukaliśmy w gąszczu nocy choć jednej iskry.
Jesteśmy dramatycznie wolni w wyborze drogi. I to czasem nasza największa katastrofa.
Ile razy musiałam zbłądzić by nauczyć się mądrości? – myślę wpatrzona w ciąg świateł przede mną.
Ile razy jeszcze pobłądzę, nim wrócę do domu.
„Twoje słowo jest światłem dla moich stóp i lampą na mojej ścieżce”. Psalm 119.
