o wędrowaniu, zapominaniu i przemijaniu

 

Znowu rozpoczęliśmy letnie wędrowanie.

Klatki filmu przemykającego za oknami auta są ulotne jak większość chwil. Tak niewiele pamiętamy z życia.

Ala i jej cioteczna siostra Isia opowiadają mi książkę, którą przeczytały w trakcie pobytu u dziadków. Oba mole książkowe już drugiego dnia powędrowały do wiejskiej biblioteki. Teraz siedzą na drewnianej huśtawce i mówią jedna przez drugą przez co fabuła staje się wyjątkowo zawiła, nawet jak na powieść fantasy:)

– Oni odbierali ludziom wspomnienia… – mówi jedna.

– Wysysali z nich wszystkie dobre wspomnienia – poprawia druga.

– I kiedy zabrali już komuś bardzo dużo wspomnień, ten człowiek umierał, a oni mogli wrócić do życia.

– A jeden zapomniał 40 dni ze swojego życia… – dorzuca Isia.

– Dziewczynki, ja i bez wysysania więcej dni zapomniałam – śmieję się – Więcej niż połowy życia już nie pamiętam. Wy też dużo zapomniałyście i zapomnicie.

 

Kiedy więc pędzimy autem, chłonę oczami pochylone w stronę drogi białe ciała brzóz, ciemne kolumnady lasów, połyskujące lustrzane tafle stawów, gonię oczami stada baranów na niebie i… zapominam w chwilę potem prawie wszystko. Pozostaje tylko nikłe wrażenie piękna, osad jak ten na dnie dzbanka po letnim kompocie.

– Jabłka, goździki i mięta… – zgaduje moja była uczennica Kasia, pijąc powoli delikatnie różowy napój.

– Tak. – odpowiadam szybko – Znać mistrza kuchni! – chwalę.

– Wystarczy tylko powoli rozebrać na poszczególne smaki. – skromnie tłumaczy swój sekret dziewczyna.

Jest piękna, bujna, długie blond włosy zebrane w koński ogon. I jest dorosła. A ja pamiętam ją jako małą dziewczynkę. Niektóre rzeczy jednak zostają na długo.

Może dlatego, że są jak mocne pociągnięcie za sznur dzwonu.

Widok samotnej studni na środku pola. To dla mnie takie mocne szarpnięcie.

Znowu widziałam taką. Przekrzywiony kołowrót, ruda od rdzy kolba, pęknięta cembrowina, a wokół żadnego innego świadka, że kiedyś mieszkał tu człowiek. Może jeszcze tylko czasem kwiat szlachetniejszy niż chabry i maki, w miejscu, gdzie kiedyś był ogród, ale żeby go znaleźć, trzeba by stanąć , poszukać. Poza tym nic. Nawet fundamenty domu połknięte przez ziemię.

Tylko tyle po nas zostanie. Tylko to, co najgłębiej było. Ukryte źródło.

 

Jutro jedziemy dalej. Opowiadam Laurce gdzie.

– Ja chce spać tutaj, w swoim domku – dodaje na koniec mojej opowieści – nie w wiezy ze zwiezątkami:)

 

Może znowu po drodze spotkamy studnię i zapomnimy więcej niż połowę.

 

foto: Alusia i Isia:)

 

 

 

napar na nerwy

 

Kto odwiedza mnie chociaż czasami, ten zdał już sobie sprawę, że mam lekkiego hopla na punkcie roślin ogrodowych.

Nic mnie tak nie cieszy jak możliwość kupienia nowej sadzonki, najlepszy prezent, jaki mi można sprawić to wykopać jakieś kłącze z własnego ogrodu, podglądanie cudzych ogrodów jest bardziej fascynujące niż śledzenie cudzych losów, a moment sadzenia jakiejś wymarzonej rośliny jest podobny do celebracji liturgicznej z wieloma doznaniami na pograniczu mistyki:) Śnią mi się nawet sny o moich upragnionych roślinach.

Nie!!! Odwołuję!

Mam dużego hopla na tym punkcie.

Mężulek nie do końca podziela moją pasję. Bo ma swoją:) Z wielkimi oporami więc przystaje na kolejne zakupy i nasadzenia, a jego argumenty są bardzo racjonalne i miażdżące męską logiką.

Od czasu do czasu jednak, po długich namowach, zgadza się mój ukochany na odwiedziny w sklepie ogrodniczym.

Ostatnim zakupem był szczepiony klonik o złotych liściach. Nie dość, że go kupiliśmy, to jeszcze posadziliśmy zgodnie z moją wizją uszczęśliwiającą, czyli centralnie na trawniku przed wielkimi drzwiami, które docelowo będą z łukiem i przeszklone.

Wyobrażacie sobie ten widok? Złocista korona na tle zielonego dywanu trawy! Ja go sobie nawet nie tyle wyobrażam, co już go widzę:)

Mężulek dał się mojej przemowie uwieść ( choć klonik na razie szeleści tylko kilkunastoma złotymi liśćmi) i uległ.

Od tego czasu nie omieszkał jednak wielokrotnie przypomnieć, że poszedł na naprawdę duuuże ustępstwa, że to było ooolbrzymie poświęcenie z jego strony i już teraz powinnam być zawsze baaardzo zadowolona.

Szybko podchwyciła to Laurka, baczna obserwatorka wszystkiego, a już naszych przemów małżeńskich szczególnie ( idzie w ślady Nusi).

 

Odtąd – gdy tylko poniosą mnie nerwy np. z racji tego, że dziecię nie chce myć włosów lub zmienia trzy razy obuwie przed każdym wyjściem –  słyszę apele w tonie następującym:

– Mamo, jus nie bądź zdelelwowana, bo psecies tatuś ci kupił KLONIKA.

– Jus się nie delelwuj, bo mas KOLNIKA.

 

Gdybyście więc byli zestresowani czy znużeni życiem, polecam napar z klonika. Koniecznie tego ze złotymi liśćmi. Skutek murowany:)