– Do brzuszka, do brzuszka!!! – prosi czasem Laurka i chwyciwszy cokolwiek bądź co przypomina kocyk czy narzutę, wspina się na kolana.
Biorę ją, zwija się w kłębuszek na moim podołku, a ja przykrywam ją przyciągniętym cokolwiek-czymś. I już jest prawie trzy lata temu – cofnięta do epoki, gdy jednym światem był brzuch mamy. Ciepło, bezpiecznie, ciemno, z rytmicznym stukotem pociągu serca.
Ja też tęsknię do takiego miejsca.
Nie ciągnę kocyka po podłodze, nie siadam na kolanach mamy, ale… wszędzie, gdzie się pojawiam, szukam małego, cichego kącika. Dom, który tworzę; przestrzenie, nad którymi mam władzę to dziesiątki „kącików”, zacisznych miejsc osłoniętych przed wzrokiem innych, hałasem i zimnem.
Chowam się w nich z kubkiem herbaty, z książką lub ze zwykłą myślą i zastygam. Zimą mam kącik pod choinką, latem ulubione zakamarki na działce, zaułki dobre do czytania książki. Gdziekolwiek się pojawiam, od razu rozpoznaję te miejsca. Jakby specjalnie czekały na mnie. W domu przyjaciół, w lesie, na łące, w miejskich przestrzeniach. Tam wracam do siebie z dalekiego, rozległego świata.
A kiedy myślę o tym, co będzie potem, wyobrażam sobie siebie zwiniętą jak małe dziecko w zagłębieniu czyjejś dłoni.
– Do wnętrza Ciebie!!! – proszę czasem cicho.
