durnostojka

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4


Mniej piszę, a jak piszę to
lakonicznie.

To widać, prawda?

To nie znaczy, że nic się nie
dzieje, że nie ma o czym pisać.

Jest.

Na przykład o wczesno-jesiennej
kuchni.

O słoikach z sosem słodko-kaśnym
do spaghetti i tych pustych, czekających jeszcze na zawartość. O butelkach
pękatych, które ustawiły się w kolejce po burgundowy sok z malin. O pomidorach,
które wystawiają na wpół dojrzałe pyszczki do słońca na kuchennym parapecie. O
koronkowych baldachach dzikiego kopru w kolorze ochry, które modlą się tuż przy
portreciku Stasia Kostki. O podgrzybku zwanym w tutejszej gwarze „zajączkiem”,
który zeschł się na kamień i teraz Dusio powątpiewa czy można takiego wrzucić
do zupy. O astrach rozczochranych, moczących smukłe nóżki w przeźroczystym
wazonie, a nóżki oblepione bąbelkami powietrza. I jeszcze o owocach dzikiej
róży zasypanych wydmami piasku w duzym słoju.

– Ale to brudna robota. – śmieje
dię Dusio przekrawając amarantowe kulki. Razem z Alą pomagają usunąć włochate
nasionka ze środka owoców, rozczapierzają palce, bo meszek ściśnięty pomiędzy
nimi gryzie jak surowa wełna.

– Nie brudna. – poprawiam – Trochę
nieprzyjemna. Ale pomyśl, że to jest nowe doznanie i że teraz wiesz jakbyśmy
się czuli, gdybyśmy mieli sierść na palcach.

– Dobrze, że nie mamy. – cieszy
się córka, odcinająca z czubków owoców śmieszne korony – pozostałość po
kwiatach.

I o czym jeszcze można pisać?

 

– Mamo, mamo, daj mi święte. –
prosi Laurcia wskazując ponad śniadankiem na parapet.

– Jakie święte? – pytam przesuwając
wzrok po aniołku drewnianym i ramce z portrecikiem świętego.

– Święte guzićki – naprowadza mnie
córka kładąc się na stole.

– Aaaa – odgaduję życzenie i
podaję drewniany różaniec.

 

I o „durnostojce” można napisać. Nasze
ostatnie odkrycie lingwistyczne.

– A tu taka durnostojka –
wytłumaczył Olaf machnąwszy w powietrzu ręką. Zamawiał właśnie biurko u Misia.

– A co to jest? – zdumiał się majster.

– No nie wiesz?!!! – zdumiał się
do potęgi Olaf.

Więc – z grubsza rzecz biorąc – „durnostojka”
to taka półeczka, na „nie wiadomo –co” lub „Bóg-wie-co”, czyli „badziewie”. Taka
dokładnie jak moja nowa półeczka z litego, prawie surowego i prawie nie
obrobionego drewna, która wisi w kuchni. Z kawałka grubej deski, którą
znalazłam w starej stodole dziadków i od pierwszego wejrzenia zobaczyłam w niej
półeczkę na „Bóg –wie-co”. Mężulek oczywiście nie był co do niej przekonany i
oczywiście swoje deska musiała odstać w kącie w kuchni.

– Nie zdziwcie się –
zapowiedziałam Mamutom, którzy byli świadkami zajścia – jeśli przyjedziecie do
nas na jesieni lub nawet za rok i ona nadal tu będzie stała.

Alem się pomyliła i…durnostojka
już wisi, a na niej stoją filiżanki, pojemniczki i kwiatki.

 

Głaszczę sobie czasem prawie
surowy, wcale nie prosty grzbiet deski, która stała się półką, głaszczę jakby
była czymś żywym, czymś zupełnie innym niż meble z płyty.

 

I stół głaszczę po spolerowanym,
ciepłym karku. Jest z jakiegoś egzotycznego, nieznanego mi drewna.

 

Więc o czym mogę pisać?

 O drobiazgach, bo z nich utkane jest życie.

Durnostojka:)



/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *