złote ramy

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Wróciliśmy.

Prawie definitywnie.

 Syci wrażeń,
rozwinięci, mądrzejsi o przemierzone kilometry, wypowiedziane i
niewypowiedziane słowa, z głowami pełnymi wspomnień.

Laurka bryka jak mały źrebaczek, przemierzając niedostępne
dotąd rewiry mieszkania.

 Ach wolność!!!

Idziesz gdzie chcesz, dotykasz czego pragniesz. Oglądasz się
tylko czy nikt cię nie śledzi. Wolność rozlewa się błogim blaskiem na małej
buzi i figliki w oczach płoną nowym ogniem. Bo taka wolność daje wiele
możliwości.

Ale też czasem rozpłaszczasz się boleśnie na zbyt śliskiej
podłodze. I płaczesz, bo myślałeś , że wolność to sama rozkosz, a tymczasem…
często kończy się guzem:)

I myślicie, że opisuję tylko Laurkę?

Co dzień sama rozpłaszczam się na śliskiej nawierzchni
wolności.

 

Na naszej czerwonej ścianie wiszą trzy obrazy.

Jeden to Ojciec
miłosierny
w złotych ramach, drugi – Matka
Bożej Opatrzności
w złotych ramach, a trzeci – sama złota rama.

Czasem ktoś się dziwi widząc ten szokujący tryptyk. Sama się
zdziwiłam, gdy tak skomponowałam tę ścianę. Teraz już się domyślam dlaczego tak.

Ten trzeci obraz to ja, to ty, to każdy z nas.

Arcydzieło oprawione w złote ramy. Takie jest nasze
przeznaczenie. Złota rama ma nam o tym wybraniu przypominać.

Ale to my decydujemy co ostatecznie znajdzie się w środku.

Arcydzieło czy bohomaz.

Piękno czy kicz.

Prawda czy udawanie.

Ach wolność!!!

Laurka raczkująca pod czerwoną ścianą stawia pierwsze
nieporadne linie na rysunku swego życia.

A pół godziny drogi stąd umiera w szpitalu teść Leny. Rak
płuc toczy się przez ciało jak ciężkie bojowe działo.  Lekarze nie pozostawiają wątpliwości – to
ostatnie dni. Ostatnie godziny, ostatni uśmiech, słowa, spojrzenia. Ostatnie
kreski na płótnie. Nieporadne zupełnie jak te Laurkowe, nieco chaotycznie
nanoszone ręką ciężko omdlewającą od morfiny.

 

Ale on o tym nie wie.

O tej ostateczności wszystkiego co się dzieje z nim, w nim,
przez niego.

– Oni mu nic nie powiedzieli – mówi mi Lena przez słuchawkę
nieco przerażona – Teściowa powiedziała mu, że lekarze szukają metody leczenia
go. A oni niczego nie szukają, podają morfinę żeby nie cierpiał, a on się
cieszy jak dziecko kiedy robią mu kolejne badania i mówi o tym, co zrobi na
jesieni.

Dlaczego dreszcz przebiega po plecach jak wtedy, kiedy
słyszysz o strasznym mordzie?

Bo jakaś niegodziwość jest w tym milczeniu wszystkich,
którzy patrzą jak śmierć skrada się do człowieka.

Ale nie wiem w tym wypadku gdzie jest granica dobra i zła i
czy na pewno są ściśle zbieżne z granicami prawdy i kłamstwa.

Nie wiem.

Sama wolałabym wiedzieć, że zostało kilka dni, mieć czas na
pożegnanie, przygotowanie, bunt nawet. Ale kiedy niedługo przed śmiercią taty
przełamałam ciążenie milczenia i porozmawiałam z nim o niebie, Amelia skarciła
mnie za to, że odebrałam nadzieję.

Może.

Nie wiem.

Nie chciałam nikomu niczego odbierać. Zrobiłam to co  wydawało mi się wtedy najsłuszniejsze i
najgodniejsze człowieka, choć łatwiej byłoby milczeć, choć nie ma słów dość
odpowiednich, by powiedzieć: Odchodzisz.

Może milczenie nie jest zostawianiem człowiekowi nadziei.
Może to nie dawanie mu szansy, by sam zmierzył się z sobą, ze swoim życiem, sam
zadecydował o kształcie ostatnich chwil, kresek, barw. Może to odebranie mu
wolności do ukończenia swego arcydzieła.

 

A może jest inaczej.

Nie wiem wszak wiele.

Może jestem jeszcze zbyt młoda, by docenić smak oliwek i
zrozumieć barwy tuż przed zachodem słońca.

Bo cóż ja mogę wiedzieć, brodząc po kolana w porannym
szczebiocie moich dzieci.

 

A o nim, który odchodzi w zmierzch, pamiętajcie jak
najlepiej umiecie.  Jego złote ramy
wypełniły się po brzegi.

ścieżki r-ewolucji

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Nasz niemowlaczek rozwija się coraz szybciej i coraz
bardziej spektakularnie, a głównym motorem napędowym jest – jak się okazuje –
pęd ku kulturze.

 

Oto bowiem leży sobie pewnego dnia na kołderce umoszczonej
na podłodze, stuka nóżką rytmicznie, mruczy po kociemu, usiłuje podpełznąć do
przodu i … „ani widu, ani słychu” – jak mawia w takich razach starsza
siostrzyczka Nusia.

I nagle z załączonego odbiornika TV dolatuje inspirujący
dźwięk. Dwie sopranistki na wyrywki wyśpiewują piękną arię. Wypisz wymaluj poranne
popisy Laurki w skali najwyższej z możliwych. Całe ciałko żądne jest ujrzenia
kto zaś wydaje te cudne dźwięki. Nóżki się prężą, ramionka napinają, kolanka
podciągają pod brzuszek, główka wyrywa do przodu, oczka wychodzą z orbit  i…

 

ani się obejrzeliśmy, a już maluszek – gnany miłością ku
operze –  zraczkował z bezpiecznego azylu
kołdry na twarde deski podłogi. Jeden krok człowieka, a jakże wieki skok w
samodzielność.

 Etapu pełzania w
ogóle nie zaliczyliśmy, gdyż pełzaniem wszystkie dzieci Rutkowe wzgardziły,
uznając je – zdaje się – za czynność niegodną człowieka:)

 

Kolejny dzień i kolejna pokusa, bo oto poza obrębem
wspomnianej kołderki Nusia rozkłada książkę o Martynce. Kolorowe kartki kuszą
jak niegdyś rajskie jabłko Ewę. W mgnieniu oka wszystkie motorki odpalają,
wszystkie tryby zaczynają się ruszać, rączki i nóżki załapują na czym polega
synchronizacja ruchów i…

 

oto łapki spoczywają już na obiekcie pożądania i z
namaszczeniem głaszczą literaturę piękną po czarnej sierści literek.

 

Do tego umiejętność bardzo pożądana w dziale muz wszelakich
czyli…klaka:)

 

– Brawooo, brawooo!!! – skandujemy, a niemowlaczek
rozanielony paca z zapałem w tłuste łapki.

 

„Klaskaniem mając obrzękłe prawice” – jak pisał wieszcz
Norwid.

 

 

Ten sam odwieczny proces – od natury do kultury, który
kiedyś ściągnął naszych przodków z gałęzi:) o ile teoria o pochodzeniu od małp
nie cofnęła się do fazy hipotezy. A zdaje się, że się cofnęła – wbrew teorii
ewolucji:)

Laurcia zaś prze wciąż do przodu z zacięciem godnym homo
sapiensa.

Sap-sap-sap 🙂