Siedzę i patrzę na las. Ten zaraz obok naszego domu.
Pięć większych kroków od ceglanej ściany wyrasta ściana drzew i krzewów, teraz prześwietlona jak lampion blaskami mocno popołudniowego słońca ( za minutę 19ta).
Był tu u nas parę dni temu ukochany Ali, spodobało mu się i podwórko, i sad, i ten las przytulony tak blisko.
– W takich krzakach mógłbym mieszkać – pochwalił.
A ja dziś zdałam sobie sprawę, że on, ani nikt inny nie widzi mojego lasu. Wszyscy na niego patrzą, ale zupełnie inaczej niż ja.
Bo na to moje widzenie nakłada się tak wiele kolorowych przeźroczy, wspomnień czasem bardzo odległych. Bo ja ten las znam od dziecka. Znam go jako kłębiący się gąszcz za owczarnią i kurnikiem. Znam go jako nieprzeniknioną zieleń obok której rosły leszczyny, gdzie zbierałam laskowe orzechy. Szumiał i szeleścił nad dachami, niedostępny i dziki. A ten brzozowy piękny zagajnik znam wręcz jako uprawne pole, bo wcześniej nim był. Spłachetek maleńki, na którym rosły jakieś zboża. Tak to zapamiętałam. I wcale tu nie było poziomek, jak są teraz.
Nikt inny z patrzących na las, nie widzi tego wszystkiego, tych przeszłości, wrażeń, emocji, skojarzeń, zapachów, szelestów, jakie nieodłącznie są sklejone w mojej myśli z tym zielonym zakątkiem.

Więc mój mąż widzi zupelnie inny las. I Ala widzi inny. I jej ukochany, który zobaczył go po raz pierwszy.
A nikt z nich nie widzi mojego lasu. Po prostu nikt.
Czy tak nie jest ze wszystkim, na co patrzą nasze oczy, co słyszą nasze uszy, co czuje nasza skóra, nos, język?
Bo każdy z nas jest jeden jedyny, o nieprzekazywalnej strukturze, jak inna nuta w uwerturze, jak inna barwa na palecie, jak inna sekunda w kobiercu wieczności…
I nie zobaczycie nigdy mojego lasu, choćbym wam go opisała tysiącem najpiękniejszych, nabardziej adekwatnych słów.
I nie ujrzycie go, choćbyście nawet na niego spojrzeli.
Bo mój las widzę tylko ja jedna.
Wy zobaczycie swój własny las.
Czy to nie piękne.
