Dokładnie tak 27 lat temu w sierpniu staliśmy oboje i patrzyliśmy przez kawałki zadymionych szybek jak słońce powoli znika. Jurek je odymił, kolega mojego męża.
Myśleliśmy, że widzimy to po raz pierwszy i ostatni. Że następny taki spektakl odbędzie się może za sto lat i my już raczej nie będziemy na niego zaproszeni.
Myliliśmy się:) I to nie dlatego, że jesteśmy długowieczni, lecz dlatego, że doczekaliśmy wcześniej bisu.
Pamiętam jak wówczas, na balkonie w Lublinie jako świeżo poślubiona żona myślałam: Co nam przyniesie życie? Czy będziemy mieli dzieci? Czy zawsze będziemy tak szczęśliwi? Czy potrafimy przetrwac burze, które napewno przyjdą?
Dziś, po ponad ćwierć wieku dostałam wszystkie odpowiedzi:)
Obok mnie syn dokręca maskę spawalniczą najmłodszej siostrze, mąż udaje ufoludka i tańczy w złotych blaskach, koty ocierają się o nogi, ceglane ściany naszego domu wygrzewają się na słońcu.
A ono… powoli znika w czarnej szybce jakby ktoś je nadgryzł z jednej strony jak jabłko.

Adam rzuca w Laurę śliwkami zerwanymi z drzewa…Widzę ich odbicie w mojej masce. Mam nadzieję, że moje pozostałe córki także oglądają zaćmienie słońca jak my kiedyś. I też w Lublinie.
Kto by pomyślał, że tak się to wszystko potoczy. Wartko i perliście jak potok po kamieniach.
Już wiem : szczęście nie kończy się nigdy, ono zawsze się zaczyna:) Codziennie.
Gdyby mi to opowiedziano tam wtedy na balkonie, byłabym spokojniejsza przez 27 lat, a tak – niepotrzebnie się martwiłam.

