ignis

 

I oto ognisko płonie.

Nazbierałam suchych gałązek, przyniosłam drewno, zapałki, trochę papieru, odgarnęłam suche liście z paleniska, sześć ziemniaków zagrzebałam na dnie. W pogotowiu czeka konewka z wodą, tak na wszelki wypadek.

Siedzę i patrzę. Twarzą zwrócona ku zachodowi słońca. Za mną siedzi biała kotka Inka. Mruczy.

🔥🔥🔥

Podtrzymywać w sobie płomień, nie dać mu zgasnąć. Uparcie, wytrwale podrzucać nowe garście, dmuchać w żar, podsycać ogień.

On nie jest tylko dla mnie. Sam nie wiem ilu grzeje się przy świetle, które we mnie płonie.

Więc nie chodzi tylko o mnie. I może nie przede wszystkim o mnie.

Moje życie to raz rozpalone ognisko, które już nigdy nie zgaśnie. Ale trzeba dbać, by nie zdusić ognia, nie zasypać go popiołem. Wbrew wichrom i nawałnicom żar na dnie serca nie może ostygnąć, gotowy wybuchnąć nowym płomieniem.

Patrzę w ognisko urzeczona.

Jego wesołe trzaski, szelest płomieni, falowanie ciepłego powietrza, biała woalka dymu gnana wiatrem, zapach żywicy, złote iskry, szary popiół, ciepło. Wszystko to sprawia, że krew zaczyna szybciej krążyć w żyłach, myśli skaczą jak płomyki, serce zaczyna płonąć.

Nie jesteś tu przypadkiem. Jesteś dla Bożej chwały. Jesteś węgiel żarzący się na ołtarzu.

🔥

 

2 thoughts on “ignis

  1. Od razu kojarzy mi się „moja” św. Teresa i jej słowa, by dorzucić choćby słomkę, gdy wydaje się, że nasz ogień gaśnie…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *