acheiropoietos

 

Ojciec Jarosław wybijał żółtka, mył je na dłoni pod bieżącą wodą, a potem mieszał z białym wytrawnym winem… Brzmi jak początek dobrej powieści. Ale to nie powieść i żadna fikcja literacka. Tak się właśnie zaczęły najdziwniejsze rekolekcje w moim życiu.

Wiedziałam oczywiście, że będzie msza i że będą po niej warsztaty pisania ikon, ale wydarzyło się coś o wiele więcej niż się spodziewałam. Bo oto malując mandylion, zanurzona w falach płynącego z głośnika Akatystu, głaskałam twarz Chrystusa. Przez wiele wiele godzin, codziennie.

Delikatnie i ze skupieniem średniowiecznego mnicha przesuwałam pędzelkiem po Jego oczach, ustach, brwiach, policzkach. Rozczesywałam Jego włosy, splatałam w misterne warkocze, dotykałam źrenic Boga.

Czy może być bardziej intymne spotkanie?

W niemal zupełnej ciszy, bez długich kazań, bez jednego słowa modlitwy na ustach, pochylona nad bieloną deską, spotkałam Jezusa twarzą w twarz.

Z takiego spotkania wychodzi się zupełnie innym. Odmienionym. A na sercu masz wymalowany acheiropoietos – „obraz nie ręką ludzką uczyniony”.

Człowiek malując ikonę, sam nie wiedząc jak i kiedy, sam staje się ikoną. Obrasta w jej prostotę, ciszę, tajemnicę, pokorę, subtelny blask. Bo chyba jest tak, że ja maluję Chrystusa, a On – maluje mnie.

I wierzę, że ten obraz, który został w moim wnętrzu, będzie trwalszy niż ikona, która wyszła spod mojej ręki i stoi dziś na honorowym miejscu w centrum naszego domu.

Dwie ikony: jedna na bielonej desce, druga – na żywej tkance serca. Dwaj malarze, dwa płótna.

Jedno spotkanie.

🎨🖌️

2 thoughts on “acheiropoietos

  1. Och, jak się cieszę, że miałaś takie rekolekcje i że one będą trwać! Pisanie ikon – piękna droga!

  2. też się cieszę. Już przyjaciólka kupila mi wszystko potrzebne do pisania ikon, więc niedlugo zabieram się znowu:)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *