Miasto Święte

” Pozwoliłeś nam z oddali pozdrawiać Święte Miasto” – tak dziś usłyszałam w liturgii mszalnej.
Nie twierdzę, że tak właśnie to jest zapisane w Mszale, lecz, że tak właśnie dotarły te słowa do mojego serca:)

Świętość to jest także znieść prozę życia na tym świecie, choć pochodzisz z innego. Dotykać tej ziemi z jej szorstkością, brudliwością, hałaśliwością i nie dać temu wniknąć wgłąb.

Często doświadczam tego dysonansu.
Gdy spaceruję po wiosennym sadzie, dotykam piskląt liści i kwiatów, chłonę ptasią melodię i nagle słyszę  przeciągły jazgot piły w lesie. Jakby mnie ktoś wyrwał ze snu i rzucił gwałtownie o ziemię.

Gdy patrzę przez okno, pijąc powoli kawę. Za szybą wirują liście zrzucane przez drzewa jak ubranie. Oddycham oddechem jesieni. I nagle drzwi pokoju otwierają się i wchodzi mój mąż. Rzuca pęk kluczy na stół, potem się przebiera, z hukiem zamyka drzwi szafy. Jest to taki rodzaj uczucia jakby ktoś zbudził cię w środku nocy, waląc metalowymi pokrywkami.

Gdy wsiadam do auta świeżo wybudzona, jeszcze ze snopem ciszy w głowie, przekręcam kluczyk w stacyjce i nagle uderza we mnie huk radia ustawionego na cały regulator, a jego newsy ze świata zaczynają kąsać jak stado szerszeni. Chwila popłochu i osłupienia nim dotknę palcem przycisk i uciszę chaos.

Gdy opowiadam podczas lekcji o rzeczach tak cudownych i głębokich i tak ważnych dla mnie, że prawie otwieram na oścież serce, i nagle… mój wzrok zatrzymuje się na uczniu, który wydrapuje na ławce wulgarny rysunek.
Co za ból. Jakby ktoś przeszył cię na wylot ościeniem. I jaka samotność.

*  *  *

Nikt nigdy nie opowiada o tych drobnych cierpieniach i umieraniach naszych. O tych ukłuciach tak drobniutkich, że giną w natłoku zdarzeń. Niczym są przy wojnach, kataklizmach i ciężkich chorobach, więc nigdy ich nie wspominamy. Jednak… jest to ból, który  na każdym kroku przypomina, że nie jestem stąd, że nie pasuję do tej ziemi.

Wszystko to trzeba znosić. Po wielokroć. Mniej lub bardziej cierpliwie. Dotykając, a nie dając się dotknąć. Widząc, słysząc, odczywając, lecz nie dając nic zburzyć w głębi swego serca. Zachować wrażliwość, świeżość, ciszę, wiarę, nadzieję, miłość.

Iść po cieniutkiej, chwiejącej się nitce do przodu.

Bo powiedziałeś, że droga jest wąska, lecz czasami nie ma nawet gdzie oprzeć stopy.
I nieustannie pada deszcz.

Drobne krople rozbijają się o  głowę. Jest ich miliony.

Czasem czuję jakbym dostała zbyt kuse paltko na szarugi tego świata.

Lecz idę.
W dali widzę Święte Miasto, z którego pochodzę.

2 thoughts on “Miasto Święte

  1. Ten rodzaj samotności, który opisałaś, Rut… tym większej, jeśli zgrzyt, dysonans, którego się doświadcza, dla innych jest niesłyszalny. Mam tak dosyć często.
    I myślę wtedy, że i ja mogę wytwarzać (ba, z pewnością wytwarzam) takie zgrzyty… i sama tego przecież nie słyszę.
    Chyba jednak lepiej mieć kuse paltko i wrażliwy słuch. Choć płaci się bólem…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *