Siedzimy i rozmawiamy.
Imieniny naszej koleżanki Eli.
Opowiada o swoim dorosłym synu, o tym jak się męczy w pracy w urzędzie, bo nie może patrzeć na to, co się tam dzieje.
– Mamo, co innego się mówi, co innego się robi, kłamstwo i obłuda. Ja się chyba zwolnię. Nie wytrzymam. Nie mogę na to patrzeć. Jedni pracują jak woły i aby tylko na chwilę odeszli od stanowiska pracy, już dostają po głowie. Inni cały dzień grają na komputerze, albo surfują po Internecie, nic nie robią i patrzy się na to „przez palce”. Ja chyba pójdę do burmistrza i zwrócę mu uwagę. – cytuje wypowiedź syna.
– Wychowałaś go na uczciwego człowieka, który reaguje na dobro i zło – mówię wyraźnie zmartwionej koleżance.
– A ja mu mówię – kontyuuje Ela – ” Synu, siedź cicho i rób swoje. Nie wychylaj się, bo stracisz pracę.”
* * *
Co my robimy?
Najpierw uczymy ich co dobro, a co zło, co jest uczciwe, a co nie i żeby reagować na ludzką krzywdę i niesprawiedliwość. A gdy już mają ukształtowane, wrażliwe sumienie, mówimy: „siedź cicho, bo stracisz pracę”, „siedź cicho, bo ludzie cię nie będą lubić”.
To najgorszy rodzaj kalectwa: człowiek, który kiedyś miał wrażliwe sumienie, ale świat, życie i ludzie przekonali go, że nie warto. Złamany kręgosłup.

* * *
A może w końcu przestańmy siedzieć cicho, nawet gdyby to miało drogo nas kosztować.
Nie o to zapewne Jezusowi chodziło, gdy mówił:
„błogosławieni cisi”.
On nie bał się narazić i powiedzieć „plemię żmijowe”, nie bał się krzyczeć, gdy trzeba było bronić wartości, nie chował głowy w piasek, żeby uważano go za grzecznego i nie wyrzucono z synagogi.
I – żebyście nie poczuli się oskarżeni tym postem – piszę to przede wszystkim do samej siebie.
Nie do Eli, lecz do siebie mam pretensje.
Że zbyt często milczę.

W pewnym sensie… to jednak dobrze (choć ogóle – źle), że niewygody wynikające z uczciwości zaczynają się już od początków szkolnej edukacji, od pierwszej klasy. Pamiętam takie teksty: mamo, on/ona ma piątkę, bo rodzice zrobili za nią/ za niego pracę plastyczną, a ty nie chcesz za mnie zrobić i nie mam piątki! O ile my nie odpuścimy, a dziecko samo z siebie nie uzna, że nie po drodze mu z naszą niewygodną etyką – jest wiele lat na zahartowanie, przykrości rosną stopniowo. Moje naprawdę duże dziecko – już bliżej urzędniczego biurka niż pierwszej klasy – właśnie w ostatnich dniach odrzuciło pokusę ściągania i w tym akurat przypadku owym przykrym kosztem nie była zła ocena… tylko uczenie się, bolesne uczenie się takich nudnych rzeczy. Wiem, że to drobna sprawa, ale i te drobne nieprzyjemności (nie jest miło być chwilowo „niefajną matką”, mieć „niefajną matkę” też nie) nas budują.
Ja mam ten problem, że często mówię, co myślę (albo piszę), a potem jednak się boję hejtu – bo to bardzo boli. Mleko się rozlewa, a ja się czuję słaba i głupia, że znowu się wychyliłam. Trochę pociesza mnie zasłyszane ostatnio zdanie, że bycie ofiarą hejtu to męczeństwo naszych czasów. I na pewno nie będę mówić dzieciom: siedź cicho. Ale bać się o nie też będę, bo nie umiem inaczej, zwłaszcza przy wysokiej wrażliwości, która wtedy z daru zmienia się w niechciany balast. Gdyby to jeszcze spływało jak po kaczce…
Kiedy przyjdzie ten czas, że Bóg będzie już ocierał z naszych oczu każdą łzę, to u mnie będzie miał co robić. Ech.
U mnie też będzie miał…
A co do wysokiej wrażliwości, Riv… święta Tereska mówiła o „umieraniu od ukłuć szpilek”. Też taka była.
Wszyscy się boją i każdego to dużo kosztuje. Rut-Ty i tak dużo robisz od dawna.