Jadę prawie 100 na godzinę, odmawiając Koronkę do miłosierdzia Bożego i myśląc co powiem policji jeśli zatrzyma mnie za przekroczenie prędkości.
– Po prostu powiem im, że spieszę się do umierającego człowieka – postanawiam.
Ale najpierw muszę zajechać po Ksawerego. Dzwoniłam, przygotuje oleje, pojedzie ze mną.
” Dla Jego bolesnej męki, miej miłosierdzie… – powtarzam szeptem, mijając kolejne zakręty i wyboje na wiejskiej drodze.
– Czy ścigam się ze śmiercią? – sama sobie zadaję pytanie.
Chyba próbuję.
Bo zadzwoniła Julcia, płakała w słuchawkę, mama bardzo słaba, dusi się, chyba umiera. Wczoraj przywieźli ją ze szpitala.
Kiedyś, na jesieni pisałam tu o nich. Wtedy też było tragicznie, ale zawieźliśmy ją wtedy do Ksawerego, namaścił, olejek św. Rity dał, nowennę odmówiliśmy, potem co dzień uporczywa modlitwa i … znów wróciła nadzieja, siły, wzrok, wola życia. Ku zdumieniu lekarzy i specjalistów, wbrew wszystkim ich diagnozom. I mama Julii jeszcze potrawy na wigilię sama gotowała i na spacery zaczęła wychodzić.
A dziś ścigam się ze śmiercią, bo znów przyszła tak blisko.
Ale teraz jest inaczej. Wiem to. Teraz nie chodzi już o przegnanie jej od łóżka chorej. Niech tylko poczeka chwilę, da czas, by ją przygotować, spakować porządnie na drogę.
Wchodzimy.
Ksawery pochyla się nad drobniutką postacią, przeźroczystą jak z zielonkawego wosku, prawie nieprzytomną, wychudłą. Wypowiada słowa rozgrzeszenia, dotyka czoła olejem, błogosławi. Żegnamy się. Amen. Przytulam Julcię.
– Już jest gotowa – szepczę jej w rozpalony policzek.
Odjeżdżamy.
Teraz już nie przekraczam prędkości, jadę wolno, z rozmysłem. Odwożę księdza, a potem wracam do domu. Szmaragdowe trawy lśnią w słońcu, auto podskakuje na wybojach. Słoneczny, wiosenny poranek, jeszcze mokry po nocy. Pierwsza sobota miesiąca.
– Dla Jego bolesnej męki – wciąż powtarzam cicho, melodyjnie jakbym śpiewała kołysankę dziecku.
Moje serce jest spokojne, nie szarpie, nie miota się jak jeszcze parę miesięcy temu.
Z każdą kolejną śmiercią jest coraz bardziej gotowe. Wie już, że wraca do domu. Najlepszego z domów.
Szmaradowe trawy na poboczach drogi, cienie drzew rozlane jak kałuże, smukłe sylwetki brzóz …
Wszystko zbliża do domu.

Twoja opowieść, Rut, porusza w mnie strunę wciąż niespokojną. Pytanie o gotowość – nie tych powracających do Domu, ale tych, którzy zostają. Mam serdeczną przyjaciółkę, o wiele młodszą ode mnie, która tuż przed maturą straciła ukochaną mamę. Minęło kilkanaście lat i w niej jest wciąż ogromny ból, niezaleczona rana. Pomimo głębokiej wiary.
Alu, to trudny temat. Nasza gotowość na odejście kogoś kochanego, żałoba.
Sama to przechodziłam i po śmierci taty i po śmierci Ewy. Długo, boleśnie.
Jedyne co mi przychodzi do głowy, gdy myślę o Twojej przyjaciółce i jej ranie to, że czasem Bóg dopuszcza by rana została w nas niezagojona, bo jest otwartą bramą dla wielu łask. Nie tylko dla osoby, która ranę nosi, lecz także dla innych, może całego świata.