zasiew

 

Z całego wielkiego naręcza polnych maków, które przywiozłam zeszłego lata, wyrósł jeden.

Tyle pracy kosztowało mnie zrywanie kwiatów po pas w zbożu, tyle cierpliwości aż wyksztalcą się makówki, tyle dłubaniny żeby wyłuskać drobniutkie ziarenka. A potem jeszcze suszenie, rozsypywanie tu i tam. Kilogramy wiary i nadziei, że się uda doczekać własnych pąsowych kwiatów we własnym ogródku.

 

Wyrósł jeden.

 

Gdy zobaczyłam na wiosnę pierwsze listki, wykrzyknęłam: Udało się!!! i pokazałam wszystkim.

Jeden mak z miliona.

Być może to śmieszna proporcja między wkładem, a efektem. Lecz mnie to raduje, bo wiem, że żadne dobro i piękno nie przychodzi łatwo. I że im trudniej, tym bardziej trwałe jest to, co powstanie.

Podobną metodą dochowałam się tu kilku krzaczków polnych chabrów, całych połaci stokrotek, niezapominajek, paru lilii.

* * *

Jestem długodystansowcem. Zawsze byłam.

Nie poddaję się po paru dniach, paru metrach, paru upadkach. Jakby mój upór wzrastał wprost proporcjonalnie do nieudanych prób.

Więc kiedyś tu będzie łan polnych maków. Wiem to.

Z tego jedego, który wykiełkował z tysięcy wysianych ziarenek.

Tak jak upragnione łaski kiełkują z dziesiątek lat modlitw, z tysięcy obróconych w palcach ziarenek różańca.

Czasem ktoś studzi moje zapały mówiąc: „Nie doczekasz tego”.

Może nie doczekam. Nie martwi mnie to.

Jestem tu, na tej ziemi tak samo przygodna jak maki i chabry.

Lecz niech będzie ładnie i dobrze nawet, gdy mnie nie będzie.

Niech świat na swój subtelny sposób opowiada:

„Rut tu była. Jestem inny dzięki temu”.

Lepszy? Piękniejszy?

 

Oby właśnie taki.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *