niekochana Miłość

 

Naciskam ciężką klamkę. Poddaje się dopiero, gdy przyłożę do niej cały ciężar mego ciała. Szczęka zamek i wchodzimy.
Półmrok kościoła.
Za drzwiami otacza nas cisza i zupełny brak ludzi.
– Nikogo jeszcze nie ma – szepczę do Laurki i klękamy pod ścianą.
Córeczka patrzy urzeczona na olbrzymią przestrzeń tak zwykle wypełnioną ciżbą ludzką, a teraz – bez ludzi – wyolbrzymiałą w majestacie i ciszy.
Postanawia przejść się i popatrzeć na to wnętrze jakby nowymi oczyma. Zadziera głowę do góry, przesuwa wzrokiem po złotych ornamentach, idzie arkadą kolumn… W kierunku małych złotych drzwiczek w głębi prezbiterium.

*  *  *

– Już teraz wiem – mówi, gdy wychodzimy już po mszy i nabożeństwie w zimową noc świecącą lodem pod stopami – jak czuje się Jezus, gdy jest tam zupełnie sam, bez nikogo.
– A On przez większość dnia jest tam sam – dopowiadam.
– Tak – mówi smutno.




Z takich, właśnie z takich drgnień serca rodzi się miłość do Niego. A miłość jest już czymś więcej niż wiara.
Bo wierzyć w Niego to za mało.
Nawet szatani wierzą w Niego, lecz Go nie kochają.
A Jego trzeba kochać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *