Czasem – zajęta różnymi sprawami – na długo zapomnę, by podkładać do pieca. I, gdy nagle przypomnę sobie o tym…
… ta chwila, ta sekunda tuż przed uchyleniem drzwiczek pieca, ta szalona nadzieja, że nie wygasło do końca, że nie jest jeszcze za późno, że tli się na dnie trochę żaru, z którego umiejętnie wykrzeszę nowy ogień.
Dla każdego z nas to będzie inna metafora. Jedni pomyślą teraz o swoim małżeństwie, o przyjaźniach, ludziach kiedyś bliskich, o swoim zdrowiu, firmie, niezrealizowanych marzeniach, pasjach gdzieś zgubionych…

Ja myślę o spowiedzi.
Gdy staję kratek konfesjonału cała wypalona, zwęglona, pusta… Ta chwila, gdy myślę panicznie : czy jeszcze jest szansa? czy nie wygasłam do końca? Gdy szukam w popiele ostatniej iskry.
Na wprost konfesjonału rozpostarte na krzyżu ciało, głowa opadła na prawe ramię jak we śnie, przebity bok…
On…
Zawsze rozdmuchuje ogień na nowo.
Dla Niego…
Nie ma słów: „za późno”.
Czyni wszystko nowe z jednej iskry żalu.
Z jednej mojej łzy zakrzepłej pod powieką wylewa strumień swych zmiłowań.
– Miej ufność – mówi cicho staruszek ksiądz.

Ta ulga, gdy zamykam ciężkie drzwiczki pieca,
gdy zamykam za sobą dębowe drzwi konfesjonału, a ogień huczy, tańczy, śpiewa.
