brylanty

 

Siedzimy w pokoju nauczycielskim.

– Au!!! Coś mnie tu gniecie!!! – wykrzykuje Gosia, po czym wyjmuje z tylnej kieszonki spodni coś świecącego.

– Aaa, to mój brylant!!! – oznajmia pokazując nam go pod światło – Dostałam od ucznia.

Brylant Gosi jest łudząco podobny do bursztynu:)

– Ja dostałam różowy – zgłasza Ania.

– A ja niebieski – dorzucam do skrzynki ze skarbami swoje trzy grosze.

Zaczynamy się śmiać wszyscy.

Bo co dzień otrzymujemy tyle cennych prezentów od naszych uczniów. Rysunki, portrety, wycięte kwiatki, gwiazdki, serduszka, cukierki, bransoletki własnoręcznie robione, no i … brylanty. Najprawdziwsze na świecie!!!

 

Pewnego dnia jeden z moich uczniów zadał mi osobiste pytanie:

– A pani była w szkole kujonem?

– Tak – wyznałam z rozbrajającą szczerością i roześmiałam się.

Uczeń w zdumieniu uniósł brwi, aż mu je grzywka zakryła.

– To dlaczego pani została nauczycielem?

– A kto według ciebie ma być nauczycielem? Ten, kto nie chciał się uczyć?

– No nie. Ale pani mogła coś innego wybrać i kasę zbijać.

O, moja święta naiwności. Że też wcześniej na to nie wpadłam;)

 

Ostatnio jeden z moich uczniów, sławny z tego, że kolekcjonuje uwagi z lekcji, odgrażał się głośno:

– Jak zostanę nauczycielem, to będę wszystkim uwagi wpisywał!

– A, to ty Antek nauczycielem zostaniesz? – spytałam rozbawiona.

– No co? Jak mi się w życiu nie powiedzie, to zostanę – wyznał szczerze.

🙂

Dobrze więc , że choć nam w życiu się nie powiodło za dobrze i z kasą krucho, od czasu do czasu dostajemy te brylanty😁

mój brylancik:)

 

 

czarna sukienka

 

I jeszcze w temacie ubraniowym.

Zasłyszane w sklepie.

Jedna starsza kobieta pokazuje drugiej czarną sukienkę, prezentując jej walory, tj. elegancję, dobry materiał, stosowną długość i krój.

Druga jest jednak nieprzekonana.

Wtedy pada koronny argument z ust koleżanki:

– Kup sobie. Nie daj Bóg, ci się przyda:)

 

Ledwośmy z Alą stłumiły śmiech za wieszakami;)

 

 

 

 

strojnie i nastrojowo

 

Wracamy od teściów z krótkiego wyjazdu. Autko sunie przez mroki szybko zapadającego zimowego wieczoru, gdy nagle dostaję dziwną wiadomość od syna, który już prawie od miesiąca nie odwiedzał domu, pogrążony w rwących odmętach sesji zaliczeniowo- egzaminacyjnej.

„Muszę kupić garnitur” – odczytuję z okienka smarfona.

– A co, ktoś się żeni? Będziesz drużbą? – pytam szybko.

– Nie – odpowiada – bez garnituru nie zdam egzaminu.

Zdumiona odczytuję na głos wieści siedzącemu za kierownicą mężulkowi.

– Dzwoń do niego – szybko decyduje mój luby.

Syn śmieje się w słuchawkę.

– Oj mamo – mówi – bo w poniedziałek mam egzamin i profesor ma taki system, że zdają tylko ci, co przyszli w ciemnych garniturach i w czerwonym krawacie.

– Co???

– Dobrze – ogarniam szybko swoje zdumienie, jak przystało na osobę, która już wiele przeszła i na dodatek od 20 lat pracuje w edukacji – Do której są sklepy?

– Do 21ej. – melduje syn.

( Nadmienię, że właśnie jest piątek, godzina 18ta:)

– Dzwoń szybko do Ali, niech się ubiera, jedź po nią i lećcie szukać tego garnituru.

Masz pieniądze na koncie?

– Mam.

I tak oto Alusia pomaga bratu. Biegają po sklepach z garniturami, ku uciesze i rozbawieniu sprzedawców tłumacząc im, że nie żadna nagła impreza, lecz egzamin z hydrauliki:) Takie wymagania ma profesor . Wiedza jest tu drugorzędna.

*  *  *

Tymczasem na zmianę z fotkami syna, który mierzy galowe stroje, dostaję mms- y od Julci. Znalazła wymarzoną suknię ślubną i wysyła z pytaniem czy mi się podoba.

Rozrzewnia się moje serce na widok ślicznej blondynki w zwiewnej kreacji.

– Jest ziszczeniem twoich marzeń. Kupuj. – odpisuję.

I oto wisi tu obok na wieszaku suknia Julii, a obok niej – wygrzebana przez moją mamę z czeluści szafy i zapomnienia – jej własna stara suknia.

Mierzymy obie. Potem wyjmuję moją.

Dwa pokolenia, pomiędzy którymi ja sama. Zamykają się nade mną jak klamra.

A ja gdzieś w środku całej tej historii. Malutki kamyczek, nad którym przepływa strumień czasu. Jest wartki, czysty, nie zatrzymuje się, pędzi dalej. Jestem tylko drobiną na jego drodze.

Nic nie znaczącą i tak istotną.

 

 

 

Ps. Hydraulika zdana. Garnitur był odpowiednio elegancki;)

 

 

pieśni

 

Towarzyszą mi od ponad 30 lat, a bywały takie lata, gdy były moim podstawowym pokarmem na modlitwie. W tysiącu odcieni, freskach różnych słów, odkrywane jak nowy ląd przy każdym kolejnym dotknięciu. Co innego mówiły mi, gdy miałam kilkanaście lat, co innego szeptały, gdy byłam młodą matką, co innego opowiadają mi teraz.

Parę lat temu kupiłam w antykwariacie psałterz w tłumaczeniu Miłosza.

Zaglądam do niego nie-codziennie lecz co parę miesięcy. Otwieram, czytam.

Dziś otworzyłam go znowu.

Posłuchajcie.

Psalm 77

Głos mój do Boga, krzyczę.

Głos mój do Boga, On usłyszy mnie.

 

W dzień mego utrapienia szukam Boga,

ręka moja w nocy wyciągać się nie przestaje

i dusza moja niepocieszona.

 

Myślę o Bogu i jęczę.

Rozpamiętuję i duch we mnie mdleje.

 

W czujności trzymasz powieki oczy moich i trapię się,

i nie mówię.

 

Rozmyślam o dniach minionych,

o latach dawnych.

 

Przepowiadam sobie moje pieśni w nocy,

z moim sercem rozmawiam

i duch mój docieka:

 

Czy na wieki odtrącił Bóg i nigdy nie będzie łaskawy?

 

I rzekłem: Ta jest moja boleść…

 

 

Psalmy.

Niezgłębiona studnia znaczeń.

Drżące lustro wody, w którym można się przyjrzeć sobie.