Pod lampą aż roi się od srebrnych tańczących punkcików. Nazywam je świetlikami, choć nie mam pewności czy to rzeczywiście one. Wyglądają jak sypiący się brokat w smudze latarnianego światła. Podobnie tańczy śnieg w tej samej smudze zimą.
Nad wszystkim zadumany, dopełniający się księżyc jak powoli rosnący bochenek chleba.
Niedługo, zupełnie niedługo najkrótsza noc roku.

* * *
Znowu nie śpię, choć już prawie północ. Magiczna mieszanka kawy wypitej zbyt późno, prawie – pełni i głowy pełnej myśli.
Modlę się, czytam, wyglądam przez okna, wsłuchuję w tykanie zegara i chrapliwy oddech męża, jakieś stukania domu, dalekie ujadanie psów.
Noce są takie inne od dni. Przypominają o rzeczach, które w ciągu dnia tak łatwo przeoczyć lub zapomnieć. Wydobywają na wierzch skarby głęboko ukryte, domagają się odpowiedzi na odpędzane dotąd jak natrętne muchy pytania.
Otwierają się rygle, opadają zasuwy, zapraszają w światy nieodkryte.
Wyprawy w głąb siebie, w przestrzenie znane tylko Bogu, eksplorowanie tego co było i – o dziwo! – tego co będzie. Noce wiedzą tak wiele. Są świadkami największych zbrodni i największych cudów.
Jedna z nich powiła Chrystusa.
Są darem niedocenianym. Trudno je pojąć w całym ich przepychu tym, którzy sypiają zawsze dobrze i zasypiają w „okamgnieniu”.
Niedługo najkrótsza noc w roku. Czy zdążę zasnąć?
W głowie roi się od srebrnych tańczących punkcików.
Może to modlitwa.
