odejść

 

Sylwester.
Wchodzę do kościoła w przedpołudniowej godzinie.

Świat na zewnątrz kupuje fajerweki i szampany, a zaraz za progiem kościoła stłoczone struchlałe stadko młodych ludzi. Nie wchodzą dalej, wolą stać tu, w półcieniu, półmroku tyłów świątyni. Rozpoznaję niektóre z twarzy – moi dawni uczniowie.
Mają w oczach niepewność i lęk, szybko uciekają wzrokiem.
Tutaj, pod chórem tłoczno, ale tam gdzie stoi urna już puste ławki. Jakby obawiano się usiąść obok.

Przy białej skrzyneczce otoczonej kwiatami, zdjęcie młodej roześmianej dziewczyny.


Była tylko rok starsza od naszej najstarszej córki. Żyła jak oni wszyscy: studiowała, pracowała, spotykała się ze znajomymi, nie sądziła, że tamtego wieczora ostatni raz zaśnie, inaczej planowała tego Sylwestra. Na pewno inaczej.
A tu biała urna, ksiądz, wieńce, pieśń o anielskim orszaku.

„Wielu snem śmierci upadli, co się wczoraj

spać pokładli” – przpominają się słowa starej pieśni.



Przyszli znajomi, kumple, przyjaciele. Jak się przychodzi na ślub.

Lecz w ich oczach nie igrają chochliki śmiechu, lecz zaduma i przestrach mieszają się w wybuchową mieszankę.

O czym myślą teraz stojąc tutaj?
Wielu z nich nie umie nawet odpowiedzieć na mszalne 
wezwania kapłana, niewielu idzie do Komunii, dawno już zapomnieli. Wyglądają jakby ktoś brutalnie wyrwał ich z długiego snu, przywołał do rzeczywistości.

O czym myślą na kilka godzin przed balem sylwestrowym, prywatką?
O butach, sukience, jaki zrobić makijaż?
Czy wystarczy alkoholu i fajerwerków?
Jak upiąć włosy?

Czy może o życiu, że jest krótkie, a my nie wiemy czy jutro jest dla nas, bo jesteśmy jak kruche gliniane dzbanki?
Może o niej, o Magdzie, że miała swoje ambicje, tyle planów, mogła tyle osiągnąć w życiu? Więc dlaczego?

A może o Nim? Że jednak jest.
I On, i inne życie niż to, które zamyka się wraz z wiekiem trumny? A skoro jest, to … No właśnie, to co?
Co zrobić z nieśmiałą myślą, która ukradkiem zakradła się do głowy: że może On Jest.



* * *

Modlę się, patrząc w oczy Miłosiernemu.
Jego oczy są łagodne jak oczy sarny, znam je na pamięć.
Proszę Go o miłosierdzie dla niej, dla nich, dla nas wszystkich: ślepych, głuchych, otumanionych fajerwerkami świata, oniemiałych tak nagle nad tą śmiercią.
Modlę się żeby przez szramę w sercu jak przez pęknięcie w zamkniętym naczyniu wtłoczył w nas teraz jak najwięcej łaski.
Oczyścił zatęchłe, pokryte pleśnią wnętrze.
Zanim się zabliźni, zapomni, na nowo oślepnie serce.
Zanim będzie za późno na wszystko.


Za drzwiami kościoła cały świat biega jak oszalały, dopinając ostatnie guziki w smokingu przed balem.
Niech żyje bal – śpiewała Budka Suflera.
„My się jeszcze pobudzili, byśmy cię Boże chwalili…” – podpowiada stara pieśń.

Nad urną dziewczyny płonie paschał, ksiądz odmawia ostatnie modlitwy, święcona woda, zgrzytają odsuwane drzwi karawanu…

Anielski orszak sunie w poszumie skrzydeł. Pieśń zbawionych splata się z naszym nieudolnym śpiewem.
Wychodzimy.



I co dalej?

Za ile kroków, za ile metrów, za ile minut, za ile słów zapomnimy wszystko, na co patrzyły dziś nasze oczy, co słyszały nasze uszy, czego dotykało serce?


 

 

sekret

 

Ludzie roześmieli by się, gdyby wiedzieli, że można tęsknić za tą chwilą poranka, gdy wszystko, co trzeba zrobione: pozmywane naczynia, dzieciom dane śniadanie, szczapki w piecu płoną, koty nakarmione śpią na ławce, czapka na uszy naciągnięta i… można wyjść w sad i z różańcem grzechoczącym w kieszeni paltka, zanurzyć się w ciszę.

To wilgotna i pachnąca jeszcze stopniałym śniegiem cisza, zbierająca się milionem kropelek wody na źdźbłach traw, suchych liściach, strząsana z gałązek za kołnierz, przetykana świergotem sikorek.
– Nie wiem co to za ptak – powiedział mi ostatnio mężulek, gdyśmy spacerowali razem wśród takiej ciszy – On zawsze śpiewa na wiosnę, więc nazywam go „wiosennym ptakiem”.
– To sikorki – roześmiałam się, one właśnie tak śpiewają, gdy robi się cieplej.
Wiem co mówię, wpływ brata – doktora ornitologii jest nieoceniony;)


* * *
Ludzie śmieliby się, gdyby wiedzieli jak Max wstaje od świątecznego stołu i wybrawszy trzy jabłka z koszyka idzie, by nakarmić kosy.
– A nie będą jadły aronii? Specjalnie zostawiamy dla ptaków – zapytałam.
– Jabłka są bardziej soczyste – poinstruował mnie brat.
A potem mogliśmy obserwować przez okno jak nadziewa czerwone owoce na ośnieżone gałązki drzew i krzewów. W gęstniejącym mroku grudniowego wieczoru.
– Bliżej domu!!! – krzyknęłam jeszcze – Żebyśmy je widzieli.


* * *
Ludzie śmieliby się, gdyby widzieli jak ratujemy małą fiolkę po migdałowym aromacie.
– Nie wyrzucaj jej!!! – krzyknęła Ala, widząc tatę schylonego nad koszem na śmieci.
– Po co wam ona? – zapytał zdumiony, wpatrując się w szklaną buteleczkę wielkości kciuka.
– Jest piękna.- powiedziałam.
– I można z niej zrobić wazonik na jedną stokrotkę – argumentowała córka.
Mężo – tatuś zrobił wielkie oczy, ale posłusznie odstawił naczyńko do zlewu.
A my przytuliłyśmy się to siebie jak koty.
– Wazonik na jedną stokrotkę – zaśmiałyśmy się obie.

I oto jest…



* * *
Wielu ludzi śmiałoby się, gdyby ktoś im powiedział, że takie drobiazgi są skarbami. Takie chwile, gesty, maleńkie jak ziarnko grochu przedmioty.
Ale są.
Cisza w sadzie, zaśpiew „wiosennego ptaka”, jabłko dla kosa, wazonik na jedną stokrotkę.

I wcale nie marzysz o wielkich balach, ekstremalnych doznaniach, koliach z diamentów, egzotycznych podróżach, bo wiesz, że to nic nie znaczące drobiazgi, które nigdy nie nasycą prawdziwym szczęściem.



Odkryłeś, że sekret bycia szczęśliwym ukryty jest zupełnie gdzie indziej.

W ukochaniu zwyczajnego, maleńkiego życia.


Błękitna


Myślę o chwili zwiastowania, o pokorze Boga, który pyta człowieka o zgodę.

– Chcę cię użyć Maryjo do wielkich rzeczy… Czy mogę? – zapytał ustami Anioła.
Czy mogę? – pyta Wszechmocny.

I zaraz słyszę w sercu to samo pytanie:
– Chcę cię użyć do wielkich rzeczy Rut. Czy mogę?

Eksploduje we mnie nagłe zrozumienie, jakby powiał łagodnie wiatr i odsłonił rąbek tajemnicy.

Teraz wiem.
On tak pyta każdego z nas:
– Chcę cię użyć do wielkich rzeczy Anno, Adamie, Mario, Leno, Wiktorze, Janie, Weroniko, Julio…
Czy mogę?
Pyta po wielokroć, dniami, nocami, latami, dekadami.

* * *



Drogo prowadząca prosto w ramiona Ojca,
wstążko błękitna nad czarnymi przepaściami,
Maryjo…


naucz nas mówić  „Tak”

Bogu pokornie czekającemu u bram naszych ust.