kronikarz i reporter

Wincenty Kadłubek byl kronikarzem Polski, a ja jestem kronikarzem naszej rodzinki.
Wincenty miał do dyspozycji gęsie pióro, ja – narzędzia na miarę naszej epoki.
Ale czy chodzi o cały kraj, czy o małą rodzinkę, takimi czy innymi przyborami, z pasją kronikarza po prostu trzeba się urodzić:)
A ja ją mam od kiedy pamiętam.
Całe lata od dzieciństwa prowadziłam pamiętniki, ich bruliony leżą związane sznureczkiem w pudełkach po łóżkiem.
Kiedyś przeczytam:) – obiecuję sobie, choć to „kiedyś” kurczy się jak podkoszulek w praniu.

Całe lata zbierałam zdjęcia w albumach, bilety, zasuszone kwiaty i listki z różnych miejsc, pamiątki po ludziach i zdarzeniach mego życia. Pasję tę ze zdrowojoną radością kontynuowałam, gdy poznałam mego ukochanego, a potem, gdy założyliśmy rodzinę i zaczęły pojawiać się nasze dzieci.
Spisywałam co się tylko dało: nasze pierwsze randki, zbierałam bilety do kin, zachowałam pierwszą różę, którą dostałam, zdjęcia, listy, pocztówki, a potem skrupulatnie notowałam pierwsze nieporadne słówka naszych dzieci, ich zabawne powiedzonka, najcudniejsze fragmenty z kliszy życia.

Nie tylko tu na blogu, lecz także w specjalnym skórzanym notesiku. Pozycja ta stoi na honorowym miejscu między innymi książkami i jest najpoczytniejszym bestselerem w naszym domu.


Lalcia niemal co dzień prosi:
– Mamo, poczytaj jak byliśmy mali.
– Przeczytajcie sami. – wymiguję się.
– Ale nikt tak nie czyta jak ty – kadzi córka.
No i dotąd prosi i kadzi, aż sięgnę na półkę i zacznę czytać. Wtedy wszyscy skupiają się wokół jak przy świetle ( najczęściej układamy się wszyscy na naszym wielkim małżeńskim łożu) i słuchają, raz po raz wybuchając śmiechem. Bo historyjki są głównie rozbrajająco zabawne. Rytuał kończy się w momencie, gdy złapię chrypę, a reszta rodzinki zalana od śmiechu łzami przytrzymuje oburącz przepony co by nie uległy uszkodzeniu:)

Znamy te historyjki niemal na pamięć, lecz śmieszą nieustannie i niezawodnie.
Np. ta:
– Mamo, cio to jeśt FENILINI? – pyta znienacka mała Lalcia.
– Fenilini? – zastanawia się mama – Nie wiem.
– No, takie źwieziątko cio jeśt ś Mikołajem – usłużnie naprowadza maluch.
– Aaa – rozjaśnia się mama nagłym przebłyskiem geniuszu – Renifer!!!
– Tak, FENIFER – powierdza rozmówczyni.
🙂


Ale nie poprzestaję na notatkach. Zbieram ich rysunki, pierwsze próbki literek, szpitalne opaski, zdjęcia rtg ich dziecięcych kontuzji, …

Od wielu lat jestem nagrywaczem filmików, które z równą namiętnością są oglądane przez rodzinkę. Jestem fotografem, który wciąż wyskakuje jak pajac z pudełka, by zrobić najlepsze zdjęcia niepozowane. Bo zdjęcia z zaskoczenia, w ruchu są dużo bliżej życia niż wystudiowane pozy.

Nieraz naraziłam swoje życie robiąc te reporterskie ujęcia, bo czasem trzeba było wspiąć się na drabinę, a czasem przeżyć atak min rozjuszonego dwulatka z jego buntem:) Atak dzika w leśnych ostępach jest przy tym jak muśnięcie motyla;)
      Z jednego takiego zdjęcia patrzy na mnie Alusia, ma na nim chyba z siedem lat i wzrok bazyliszka.
– Tu chcialaś mnie zjeść za to, że robię ci zdjęcie – śmieję się do córki już dorosłej.
– Oj mamuś – tuli się do mnie – Jak dobrze, że robiłaś te wszystkie zdjęcia – mówi.
– Narażałam swoje życie – żalę się.
– Jesteś odważna – przymila się głaszcząc mnie po głowie.

Więc się nie zrażam latami prześladowań i z wnukami będę robić to samo. Już mnie świerzbi pióro i obiektyw.
Jak dożyję oczywiście;)
I jak znajdę odpowiednio duże pudła na pamiątki, bo te, które mam pękają w szwach. I nie jest to bynajmniej figura stylistyczna:) Spróbujcie zamknąć sześć żyć w tekturowe pudełka:)

* * *

Czasem zastanawiam się skąd się bierze w nas ta potrzeba zapisania naszych istnień i istnień tych, których kochamy.
I po co jest?

Może stąd, że jesteśmy wieczni i chcemy, by ziemia, na której mieszkamy tę parę chwil też o tym wiedziała.
Uwiecznić siebie i nasze miłości.
Wyskrobać na ścianie jaskini:

” Byłem tu. I wciąż jestem. Z niebytu zostałem przywołany i nigdy już nie zapadnę się w niebyt. Wszystko jest moim świadkiem.”

Więc wciąż uwieczniam. Do arsenału moich narzędzi kronikarskich dołączyły pędzle i farby. Uwieczniam drzewa, dróżki i kwiaty, które kocham, ludzi.

Namalowałam Ewę, a teraz na sztaludze stoi rozpoczęty portret Ali.


Kiedyś może namaluję siebie, ale to największe z wyzwań. Innych można wszak upiększać, ale siebie nie wolno przekłamać.
Dlatego kronikarze rzadko piszą o sobie, a moich zdjęć w rodzinnych albumach jest najmniej:)
Zostaną jednak male niemowlęce kaftaniki z miękkiego płótna – one wiedzą, że byłam.


* * *
– A namalujesz mój portret? – szepce mężulek wieczorem.
– Namaluję.
– Ale mam malutką prośbę – dodaje on nieśmiało – możesz mnie na nim trochę odchudzić? Odmładzać nie musisz, ale odchódź troszkę. – zatrzepał długimi rzęsami.
🙂
To a propos nie przekłamywania;)


 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na kronikarz i reporter

  1. Alicja M.M. pisze:

    Skoro jest koati, aguti, okapi, to do towarzystwa mogłoby być fenilini! Warto podsunąć przyrodnikom, może znajdą dla tej nazwy stosownego właściciela.

  2. ruttka pisze:

    brzmi uroczo w każdym bądź razie i śmiejemy się z niego za każdym razem😁

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *