matczyne sukienki

 

Kiedy byłam mała, uwielbiałam sukienkę mojej mamy. Była bardzo długa, z miękkiego materiału o kolorze chabrowym, naszywana białymi lśniącymi koralikami na obwodzie dekoltu i u samego dołu spódnicy. Wyglądała tak samo czarownie jak letnie nocne niebo usiane gwiazdami. Wchodziłam do szafy, gdzie wisiała sukienka i głaskałam jej jedwabisty materiał.
To była suknia sylwestrowa i nawet nie wiem ile razy mama ją założyła. Ale ja marzyłam, że kiedyś będę miała taką.
I wciąż marzę. By w niebie mieć właśnie taką – w kolorze chabrowego nieba obszytą gwiazdami pereł:) Jeśli kiedykolwiek uda mi się tam dostać, poznacie mnie po tej sukience;)

* * *

Ja i moje córki uwielbiamy sukienki.

No, oprócz Lalci, która wciąż jeszcze przechodzi etap rozwojowy pt. czarne leginsy i bluza, najlepiej co dzień ta sama;) Ale wyrośnie, jestem już spokojna o to. Dwie starsze siostry miały tak samo, lecz niezaprzeczalny wpływ matczyny zrobił z czasem swoje.
No i kuszące wnętrze matczynej szafy miało tu niebagatelne znaczenie;)


Teraz niemal co dzień zastaję którąś z nich jak je penetruje, zgrzytając wieszakami. Czasem skoro świt, nim jeszcze otworzę oczy:)
– I co? – oburzam się na niby, gdy Hania schodzi z góry w mojej powłóczystej fioletowej sukience – Znowu moja sukienka!!!
Za chwilę sunie Ala wystrojona w sukienkę niebieską z paskiem, która nieodmiennie przywodzi nam na myśl Maryję.
– O nie!!! – wykrzykuję – Następna!!!

Ale przecież gniewam się tylko na niby, bo jak mawiała Ania Shirley:
” Naśladownictwo jest najwyższą formą pochlebstwa”.

A poza tym to, co należy do matki, należy też do jej córek – ta sentencja powinna znaleźć się w biblijnej Księdze Mądrości i chyba tylko na skutek przeoczenia się nie znalazła:) Lub na skutek tego, że pisał ją facet, więc niewiele wiedział o sercu matki;)

Matka oddałaby wszystko swemu dziecku nawet gdyby sama miala zostać naga i jest dumna, gdy jej córka pięknie wygląda w jej sukniach.
A ja i moje córki dziwnym trafem nosimy ten sam rozmiar:)

* * *

Dlatego ośmielam się co dzień prosić Matkę:
– Pożycz mi którąś z Twoich sukien, tę pąsową miłości, błękitną zaufania, zieloną – wiary, bielutką – czystości, piaskową – pokory, kwiecistą – radości, chabrową – zadumy…
Masz pełną szafę łask Matko, a ja chcę być do Ciebie podobna. Pożycz mi coś, proszę.


Ktoś mi kiedyś na poły z żalem, na poły z  pretensją powiedział: Nie mam tak barwnej osobowości jak ty, Rut.
A prawda jest taka, że moje kolory nie są ze mnie:)
Jeśli jest we mnie cokolwiek barwnego czy urzekającego to tylko wtedy, gdy przymierzam sukienki mojej Mamy:)

Ot, cały sekret.

 

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

18 odpowiedzi na matczyne sukienki

  1. Rivulet pisze:

    Ciekawe, czy moje dziewczynki też kiedyś będą biegać w moich sukienkach. Na razie podkradają buty i stukają obcasami po domu 🙂
    Dziwnie mi czytać takie notki, ja nigdy nie chciałam być jak moja mama. Mam inny charakter, rozmiar, nawet typ urody.. (tylko buty nosimy podobne). Za każdym razem gdy mama chciała mnie wtłoczyć w jakąś swoją wizję, miałam wrażenie że coś we mnie umiera i zapierałam się rękami i nogami. I zawsze brakowało mi kilku prostych słów, że jest ze mnie dumna i jest po mojej stronie.
    Dopiero od Miriam się uczę wolności i tego, że mama nie musi przytłaczać obecnością.
    Chociaż nadal gdy słyszę słowo „matka”, „matczyny”, to mam ochotę wrzasnąć i uciec, nic na to nie poradzę.

  2. ruttka pisze:

    To są rany Riv, a od ran nie uciekniemy. Ja i moja mama to też niełatwy temat, ale ja już nie czuję buntu ani żalu. Brak akceptacji i parę jeszcze innych… W końcu jednak z ran powstają blizny. Już mniej bolą i wtedy zaczynasz rozumieć tę drugą osobę, a nawet dostrzegać jej dobre cechy, a każdy je ma. Choć czasem głęboko ukryte;)
    Dzięki mojej mamie wiem czego nie robić i nie mówić wobec moich dzieci. A to bezcenna lekcja. Choć bolesna. Może to właśnie dzięki tym ranom jestem dziś mamą jaką jestem. A dzieci mówią, ze jestem fajna;)

    • Rivulet pisze:

      Ciekawe, co kiedyś będą mówić o mnie 😉 Na razie lgną.
      I tak, blizny uczą, jak być lepszą. Chociaż tyle razy łapię się na tym, że popełniam te same błędy, bo mimo przebaczenia dużo jeszcze we mnie żalu i złości.
      Historia żalu do własnej mamy w mojej rodzinie sięga 3 pokolenia wstecz… Tyle mam raniących swoje dzieci (jedyne córki), zazwyczaj w dobrej wierze i pod przykrywką źle pojętej miłości. To coś, co trudno zerwać, a jeśli już to tylko z Panem Bogiem. Boję się, co będzie, gdy córki zaczną dorastać.
      Ale są trzy, a nie jedna, więc może rozejdzie się po kościach i od żadnej nie będę wymagać, żeby spełniała moje jedynie słuszne oczekiwania i była kalką mnie… Zwłaszcza że każda z nich jest inna i wspaniała, a dla mnie są pięknym obrazem tego, ile dobra Bóg umieszcza w świecie z każdą kobietą 🙂

      • ruttka pisze:

        Takie historie Riv zwykle ciągną się pokoleniami. I nie jest łatwo tak po prostu wyjść z takich ciemności na światło dzienne. Ale jeśli każdy z nas zrobi choć kroczek w górę, będzie coraz lepiej i piękniej w naszych rodzinach. Moja mama wychowała się w rodzinie, gdzie nie było miłości i dała nam naprawdę wiele, tyle ile mogła, więcej nie umiała i nie miała. Ale widzę jak pociągnęła to wszystko w górę. Kochała nas, choć kulawą miłością.
        Ja i moje zamężne siostry podniosłyśmy to jeszcze wyżej, znów każda tyle ile mogła. Dzięki wytrwałości i Bożej łasce nasze dzieci – wierzę – wejdą znów krok wyżej.
        To takie krzepiące, że nie musimy tkwić w błędnym kole, nie jesteśmy skazani na powielanie złych wzorców. Z pokolenia na pokolenie możemy żyć coraz piękniej i mądrzej.

        • Alicja M.M. pisze:

          Usiłować zrobić ten jeden kroczek na schodach… Taki obraz był u małej św. Tereski, co prawda w innym nieco sensie, ale przyszedł mi na myśl, bo też chodziło o to, że nieważne, jak słabe jesteśmy i jak niewiele zrobimy… ważne Kto nam pomoże w naszym wysiłku.

          • ruttka pisze:

            Tak, Terenia była mistrzynią małych kroczków, które prowadzą do nieba💙 i takimi małymi kroczkami każdy z nas może też trochę nieba sprowadzić na ziemię, do naszych rodzin. On zawsze pomoże;)

  3. Alicja M.M. pisze:

    Dla mnie z kolei macierzyństwo to trudna lekcja, jak bardzo dzieci są odmienne ode mnie i jak trudno mi to zaakceptować. I to nie kwestia wieku dzieci (sławnych „trudnych etapów rozwoju”). Starsza córka, mając roczek, już uderzała mnie tym, jak się ode mnie i od męża różni. (W tym wieku widać było głównie różnicę temperamentów; coś, co wzbogaca rzeczywistość, ale uciążliwe też jest, i to jak).

    • ruttka pisze:

      Ponoć nasze dzieci dużo cech dziedziczą po dalszych przodkach, więc bywa, że wychodzą takie „smaczki”.

      • Rivulet pisze:

        Mnie mama zawsze porównywała do swojej mamy, no i babci swojego męża. Obie uchodziły za twarde, złośliwe osóbki, a mama lubiła mi wytknąć to, jak bardzo ze swoim wybuchowym charakterem i dziką fantazją odstaję od jej oczekiwań 🙂 Pamiętam, jak bardzo ryczałam w kinie na bajce „Mulan” przy piosence o lustrze. Byłam może w 7 klasie podstawówki? I zazdrościłam Mulan, że jej historia dobrze się kończy i w końcu rodzina ją docenia, choć jest tak inna.

  4. ruttka pisze:

    Merida waleczna porusza tę samą strunę:)
    Dobrze, że są takie bajki. Coś w nas leczą.

  5. Mama trojeczki pisze:

    U nas wymiana ubrań z jedna z córek trwa w najlepsze. Czasem bez pytania😉 Torebki tez krążą między pokoleniami.
    Natomiast jesli chodzi o kosmetyki, to ona proponuje mi rozne kolory szminek, mówiąc, ze takie wlasnie noszą nauczycielki lub takie pasują do nauczycielki. Ale dla siebie wybiera zupełnie inne kolory-niby młodzieżowe!-ktore mi odradza, bo niby nie pasują do nauczycielki! A ja nie czuje się tak staro, jak chyba ona sądzi🤣
    Caluski

  6. ruttka pisze:

    O, widzisz, a ja rzadko szminek używam i moje córki zgodnie twierdzą, że nie mam stylu rasowej nauczycielki:) Zwłaszcza nie podchodzą mi garsonki i sztywny hełmofon z włosów na głowie:)
    Może się nie nadaję do tego zawodu;)

    • Alicja M.M. pisze:

      Kiedyś grałam w szkolnym przedstawieniu rolę patronki szkoły (też pracującej w edukacji) i córka orzekła, że nie jestem dostatecznie podobna, bo za mało mam siwych włosów. Ale od tego czasu się podciągnęłam;)

      • ruttka pisze:

        z tego to i ja się podciągnęłam Alicjo:) tyle że pod farbą ukrywam ile mam lat;)

        • Rivulet pisze:

          A ja dziś kupiłam po raz pierwszy szampon niby to hamujący siwienie 😀 bo żal mi koloru i nie chcę farby. Ciekawe, czy zadziała 😉
          Ale nawet jak nie, to chciałabym skończyć jako długowłosa staruszka w zwiewnych sukienkach. Żadnych hełmofonów ;D
          Szminek też nie lubię 🙂 czyli w sumie dobrze, że nie zostałam nauczycielką…

  7. ruttka pisze:

    „niby to” tzn. z dodatkiem farby;)
    Ja Riv już od lat farbuję. Moje naturalne włosy są już baardzo siwe. A nie jestem zwolenniczką filozofii: „jakim mnie Panie Boże stworzyłeś, takim mnie masz” 🙂 ani w sensie duchowym, ani cielesnym;)
    Szminek mam ze dwie, trzy, ale niewygodnie mi z nimi, więc rzadko używam. Choć czasem lubię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *