smak

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

Kiedy się już wszyscy podnieśli z łoża boleści, zachorowałam
ja. Okropny katar, bolące gardło,  duszący
kaszel, osłabienie. Wszystkie te składniki połączone w jedną miksturę uczyniły
życie i tak dość nieznośnym, a tu jeszcze pewnego wieczorka …

Chcieliśmy akurat uczcić fakt powrotu prawie ozdrowiałego
mężulka na własną pryczę i to uczcić nie byle czym, bo menu godnym smakosza:
marcepanem, chipsami i pepsi.

Pepsi odpadło na pierwszy rzut oka – gazowane byłoby
ostatnim gwoździem do trumny Rut.

Mężulek poszedł zaparzyć herbatkę.

– Dobra? – pyta z niecierpliwą nadzieją na słowa uznania.

– Dobra. Chyba słodka. – domyśla się nieśmiało żona.

– Ale jaki smak zgadnij?

Rut bierze łyczek i zastanawia się dłuższą chwilę. Chwila
mija, mija, mija, a Rut nie wie, nie wie, domyśla się. Tak, wszystko jasne. Już
wie.

– Straciłam smak. – mówi do mężulka czekającego na peany nt
jego kulinarnego geniuszu i kunsztu w zaparzaniu herbaty.

 

Chipsy? No cóż – nic nadzwyczajnego. Coś wyraźnie tłustego i
lekko słonego.

Marcepan? Przereklamowany produkt. Delikatnie słodkawa masa.

Nic więcej. Żadnych niuansów, smakowych nut, rozkoszy podniebienia.

 Skala doznań zawężona
do minimum: trochę słonego, odrobinę słodkiego.

 

Następnego dnia wcale nie było lepiej.

 Na śniadanie chleb o
smaku styropianu, na obiad coś grudkowate i lekko słone, czyli: gołąbki,
szarlotka bez śladu jabłek, słodkawy ciepły płyn zwany herbatą.

– Kiedy nie czujesz smaku, jedzenie jest bez sensu. – żali
się Rut.

 

 

Oczywiście przesadza jak to mają w zwyczaju ogrodnicy:), a
jednak…

 

Kiedy nie czujesz smaku, kiedy nie czujesz pasji wszystko
wydaje się być bez sensu.

Bo czy chodzi tylko o to, by napełnić żołądek, by nie umrzeć
z głodu?

 Gdyby chodziło tylko
o to, nie dostalibyśmy kubków smakowych i jedzenie nie obfitowałoby w taką
feerię smaków.

Więc nie chodzi tylko o to, by przeżyć.

 

Chodzi o to, by żyć całą pełnią, by czerpać pełną garścią.

I – wbrew pozorom – nie chodzi o jakieś nadzwyczajne
wyczyny, o skoki na linie z mostu, samotny rejs dokoła świata…

 

Chodzi o zwyczajną czujność serca:

 by nie tylko patrzeć,
ale widzieć. Dłoń liścia czerwona poprzecinana arteriami jaśniejszych żył.

 by nie tylko słuchać,
ale słyszeć. Łopot skrzydeł dzikich gołębi, ich zgaszone, intymne rozmowy wśród
gałęzi świerku.

  by nie tylko dotykać, ale czuć. Ciepły aksamit
policzka uśpionego dziecka.

by nie tylko jeść i pić, ale smakować. Magiczny, ciemny smak
kawy pitej o brzasku poranka.

 

Nic nadzwyczajnego, a jednak…

 

                                 to właśnie jest pasja życia.

 

Tyle o niej ostatnio rozmyślam. Chwilowa utrata smaku
powiodła mnie ścieżką daleko w głąb.

Bez smaku i pasji można przeżyć, ale czy można bez nich żyć
naprawdę?

 

między młotem a kowadłem

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

 

– Mamo, przyjdziesz dziś do mnie? – zadaje sakramentalne
pytanie synek wzuty już w pidżamkę.

Sakramentalne pytanie ma wzmocnioną siłę
rażenia, bo występuje w pakiecie z:

a) błagalnym spojrzeniem czarnych ocząt

b) prosiebnie przeciągniętą głoską „eeee” na końcu zdania.

 

Czy można się oprzeć takiemu pytaniu?

 

 Ależ można .

 

Odpowiedź nadbiega szybciej niż chyży zając.

 

– Nie. Dziś nie przyjdzie. – kategorycznie odpowiada tatuś,
który nie dość, że chory, to jeszcze przepędzony ze spaniem do odległego
pokoju, czuje się strasznie zaniedbywany.

Synek porażony odpowiedzią robi minę nieszczęsną, na co
matczyne serce truchleje, a jej usta zaczynają prząść mowę obrończą:

– Dlaczego? Ty, jak byłeś mały, nie przytulałeś się
wieczorem do mamy? – pytam.

– Nie. – pada krótkie i węzłowate.

– To dlatego, że masz zimne serce!!! – godzi synek ojca w samo
( zimne) serce.

 

Konflikt wciąż żywy od czasów Edypa:)


wytrzeszczanie przy zlewie

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

– Ty umyj miskę, a ja wytrzę – decyduje Nusia stojąc ze
ścierą za upozowanym nad zlewem tatusiem.

– Ja wytrę – poprawia główny pomywacz.

– Nie! Ty umyj! – protestuje pomocnik pomywacza – JA
WYTRZĘ!!! – dopomina się wielkimi zgłoskami sprawiedliwości w podziale
obowiązków.

– Możesz powiedzieć: Ja „Wytrze – szczę” oczy – włącza się w
dysputę mama – A miskę możesz wytrzeć.

– Dobrze, to ja wytrzę – zgadza się usatysfakcjonowany
pomocnik.

 

No to doszliśmy do porozumienia:)

wpis prawie zaduszkowy:)

Normal
0
21

false
false
false

MicrosoftInternetExplorer4

/* Style Definitions */
table.MsoNormalTable
{mso-style-name:Standardowy;
mso-tstyle-rowband-size:0;
mso-tstyle-colband-size:0;
mso-style-noshow:yes;
mso-style-parent:””;
mso-padding-alt:0cm 5.4pt 0cm 5.4pt;
mso-para-margin:0cm;
mso-para-margin-bottom:.0001pt;
mso-pagination:widow-orphan;
font-size:10.0pt;
font-family:”Times New Roman”;
mso-ansi-language:#0400;
mso-fareast-language:#0400;
mso-bidi-language:#0400;}

Ludzie biegają z naręczami jedliny kłującej, donicami
kipiącymi obfitością chryzantem, pobrzękują zniczami, myją groby, pucują
krzyże, odświeżają wspomnienia o bliskich zmarłych.

A u nas Miś z dziećmi wyruszyli w poniedziałkowy ranek z zupełnie inną
listą spraw do załatwienia:

– krem do tortu ( biały)

– owoce ( banany, brzoskwinie w puszce, kiwi)

– cukier puder

– prezenciki

I wrócili z policzkami zaróżowionymi konspiracją, z
prezentami ukrytymi w czapkach i beretach.

Nasze obchody Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego zostały
odmienione raz na zawsze rok temu. Gaśnie ich nostalgia, egzystencjalna zaduma
i smutek splatają się z radością i oczekiwaniem, bo oto Laurka już za chwilę
kończy roczek.

Co prawda trochę nam się zakatarzyła, kaszlu nabawiła, ale
nic nie jest w stanie poskromić jej temperamenciku. Śmieje się więc szeroko
ukazując prawie cały garnitur ząbków łącznie z dwiema lewymi czwórkami. Gdy się
rozzłości krzyczy tak, że decybele młota pneumatycznego są przy niej jak
szelest traw. Czasem nawet wali rączkami w podłogę, albo –okazując swą
dramatyczną rozpacz – ciągnie się za złociste włoski. Rodzony ojciec kiwa
wówczas głową i wypowiada takową sentencję: „współczuję przyszłemu zięciowi” 🙂

Ośli upór ma jednak także dobre strony, bo dzięki
nieustannym próbom udaje się rozszyfrowywać zagadki logiczne np. jak przekręcić
klucz, by wyjąć go z zamka. Nieustanne powtarzanie wstawania i stania bez
podpórki mimo wielokrotnego klapania na pupę też zakończyło się sukcesem w
postaci dwu, trzyminutowego stania z jednoczesnym ( jeśli akurat gra muzyka)
tańcem brzucha i kręceniem rączkami . Coś na wzór hiszpańskich tancerek
potrząsających marakasami. Wyczucie rytmu i umiłowanie muzyki Laurcia ma tak
daleko posunięte, że wystarczy, by ktoś zagwizdał kilka dźwięków, a jej ciałko
wpada w taneczne wibracje. Śmiejemy się z tego nieustannie, A dumny ojciec
stworzył teorię, że słuch muzyczny rozwinął się u naszego malca na skutek
codziennego „plumkania” z tatusiem na keyboardzie. Rzeczywiście – Laurcia od
kiedy tylko udało ją się pionizować, co dzień ćwiczy palcówki na klawiszach.

Nawet Szopen nie miał takiego efektownego startu:)

Inną wielką namiętnością rocznej naszej córeczki jest
literatura. Książeczki leżą w zasięgu jej wzroku i rączek i po wielokroć
dziennie są wyciągane, przeglądane i komentowane przez początkującego mola
książkowego. Wciąż najbardziej lubi książeczki o Kamyczku, które są sczytane na
wylot.

Laurka umie także pisać. Wystarczy, że uda jej się znaleźć (
lub wyrwać Nusi) kredkę lub długopis i już kartka pokrywa się siateczką linii i
kropeczek.

No i nasza najmłodsza latorośl jest mistrzynią groźnych min.  Oto Laurka ściąga
brwi, marszczy nosek, a tęczówki wzbija tak wysoko, że zupełnie chowają się pod
powiekami, dając efekt zupełnie białych oczu, wyzierających spod nastroszonych
brwi. Ciarki po plecach przebiegają jak stadko mrówek. A rodzony ojciec znów ma
powód do wygłoszenia sentencji o zięciu i  swym głębokim współczuciu dla niego, gdy
już dostanie się pod pantofel Laurki i będzie regularnie bombardowany takimi
grymasami.

Czyż tak uzdolnionemu dziecku nie należy się torcik z
serduszkiem, grający telefon, książeczka o uczynnych kotkach, piramidka do
układania i buciki antypoślizgowe do treningów w chodzie na czas? ??

Ależ należy.

Więc mimo, iż za oknem ludzie biegają z naręczami jedliny,
łuna od tysiąca zniczy bije pewnie pomarańczową kopułą nad cmentarzem, wszyscy
wzdychają wspominając bliskich zmarłym, my opatuleni w ciepłe koce pojadamy
urodzinowy torcik z dwudniowym wyprzedzeniem, popijamy ( niektórzy) oranżadą i
świętujemy Laurkowe pierwsze urodzinki.

 

Ale żeby nie było, że atmosfera Zaduszek zupełnie się nam
nie udzieliła, dodam na koniec, że jednak tak, bo oto wszyscy u m i e r a m y na
katar i kaszel.
Nusia od tygodnia nie chodzi do szkoły, bo kaszle, a Miś to nawet zległ
w łóżku z gorączką i łamaniem w stawach – grypa. Potem gorączki dostała
zasmarkana jubilatka, a Dusio zaczął się słaniać z powodu osłabienia i bólu
głowy. Ja i Ala czujemy się jak Chińczycy, tzn. „Jako-Tako”, ale kolana robią
mi się powoli jak z waty, więc śmiem twierdzić, że jedynym powodem, dla którego
jeszcze chodzę są litry adrenaliny krążącej miast krwi w moich żyłach.

Tak więc jednak solidaryzujemy się na swój sposób z
wszystkimi świętującymi.

 

A na koniec muszę odnotować, że Nusia sama, bez
logopedycznej pomocy zaczęła jakiś czas temu wymawiać głoskę „R”. I robi to tak
wyraźnie, że aż w zębach zgrzyta.

Oto jedno ze zdań wygłoszonych w nowym języku:

 

„Wy sobie pijecie tą dobrrrą wodę, a ja muszę pić okrrropną
herrrbatę.”

 

No fakt. Musi. Woda jest bowiem cytrynowa, pyszna, ale
gazowana i niezbyt dobrrra na garrrdło:)

 

Zdrrrowia wszystkim życzymy.