wyprawa po NIC

Nasze przyjaciółki zrobiły sobie wypad do Białowieży.
To miejsce, jedno z moich ukochanych, zachwalałam im już od dłuższego czasu. Magia dziewiczej puszczy, bajkowość każdej zagrody, piękno w nienachalnej postaci nieskażonej wciąż jeszcze komercją, zapach drzew i to coś, co jak mgiełka unosi sie nad wszystkim – jakaś nienazwana tajemnica. I głębokie przeczucie, że jestem jej częścią.


Dziewczyny zachęcone pejzażami moich narracji wsiadły w czerwone autko i pomknęły.
Gdy dojechały do celu, spotkały popa.
– Co tutaj warto zobaczyc? – pytają jak to turystki.
Pop nabrał powietrza jak ryba, wypuścił je. Jeszcze raz nabrał, przewrócił oczami i w końcu rzekł krótko: NIC.
Komunikat porażający dla turysty, ktory pokonał był właśnie trudy podróży po podlaskich krętych szlakach. Nieoczywistych i zaskakujących jak cała kraina.
I na koniec dowiedział się, że jechał po NIC.
A na odchodne pop sprzedał im słoik miodu z własnej pasieki:)
Pewnie żeby osłodzić im rozczarowanie.
Bo zawsze słoik miodu to jakieś COŚ.

* * *

A może jest tak – myślę rozbawiona tą opowieścią – że niepotrzebnie i na siłę szukamy CZEGOŚ. Błąkamy się w poszukiwaniu niezwykłości, przeoczając cud własnego zwykłego życia.
Jak ten Koziolek Matołek, co to biedaczystko szukał był po całym świecie tego, co miał całkiem blisko.



Śmieję się z mojej siostry Kory, która po latach biegania tu i tam, chaotycznego i nieco panicznego, po odbyciu 14 podróży w miejsca niebezpieczne, zaglądaniu w trzewia wulkanu ( czynnego!!! ), po samotnej wędrówce przez dżunglę o ścieżkach wręcz brukowanych wężami, zagubieniu bagaża i dokumentow w Kambodży itd.itp. zmuszona stanem powszechnej paniki przed epidemią, wróciła do domu i usiadła w miejscu.
Po latach.
Po kilku tygodniach odkryła prostą przyjemność zwykłego posiłku, miękkość kota i uczucia, które się rodzą, gdy zaczyna ci mruczeć na kolanach, że hamaki też są wygodne w moim sadzie, jaką satysfakcję daje malowanie ścian i podłóg, że tęcze rosną też nad naszym domem, …
Wysłała mi kilka zdjęć mms zachwycając się jak wielkie bywają kwiaty piwonii i jakie mają odcienie.


A przecież piwonie zawsze rosły w naszym ogrodzie przy domu. Nasza mama hodowała je namiętnie. I zawsze były zachwycające. Wystarczyło tylko na chwilę zatrzymać się przy nich:)

Czasem w gonitwie życiowej mijamy własne życie, kwitując je jednym wielkim NIC.
Czasem sami siebie mamy za nic.
Jak ten biedny pop żyjący w próżni:)


O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na wyprawa po NIC

  1. kawusiowa pisze:

    Pop musi zacząć robić zdjęcia 🙂 Ostatnio biegałyśmy z koleżanką po lesie, fotografując żuczki, motylki, kwiaty, badylki i maliny (w pokrzywach). Dorwałyśmy też jednego przepięknego ptaka z niebieskimi skrzydłami, ale uciekł nam tak wysoko, że ostatecznie nic nie wyszło. Aczkolwiek – co zobaczyłyśmy, to nasze 🙂

  2. ruttka pisze:

    Kawusiu, własnie dziś rano oglądałam zdjęcia, ktore zrobiłaś rok temu u nas. Przypominałam sobie i zachwycałam się. A potem postanowiłam jedno z nich namalować.

  3. ruttka pisze:

    trochę maluję:) nie tylko słowami.
    Tak. Ten obraz u góry to moje dzieło;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *