gościnnie

 

– Marzence i Oli:)

 

Nasz dom – jak co roku w wakacje – zaczyna pęcznieć i głęboko oddychać.
Nabiera w płuca duże hausty ludzkiego śmiechu, popiskiwań, tupotu nóg po schodach, trzaskania drzwi, stukania talerzy i kubków, zapachów unoszących się znad garnków i dzbanków, znad tacek na ciasta i salaterek. Usypia w końcu późną nocą kołysany ściszonymi ( lub nie:) rozmowami, muzyką płynącą z radia i szumem zmywarki pełnej po brzegi.


Bo – jak co roku – nasz dom z zielonym dachem wypełnia się raz po raz gośćmi. Tymi małymi naszych młodszych córek i tymi poważniejszymi. Choć od razu dodać należy, że mało kto tu powagę bez uszczerbku zachowuje;) Nawet najszacowniejsze grono ludzi statecznych i wysoko kształconych, obracających się na co dzień w kręgach intelektualistów, po niejakim czasie – spędzonym pod zielonym dachem naszego domostwa – zmienia się w rozbieganą dzieciarnię, która śpi do południa, buszuje do nocy, rozleniwia się na łonie natury, wygłupia nieprzyzwoicie i podśpiewuje rubaszne piosenki.

A do tego wpada w rozliczne nałogi – jedzenia jagód, kupowania namiętnego ciuchów za 3 złote, picia na okrągło kawy i herbaty, zagłaskiwania kotów od rana do wieczora, prowadzenia nieustannej wojny podjazdowej z komarami i stanu permanentnej „głupawki”.
Dziecko tu z człowieka wyłazi wszystkimi szwami jak pierze z poduszki.

Wyrywa się na wolność spod warstw dorosłości, kwiczy, zdrowieje, rumienieje na licach, podrapane na nogach, rozczochrane, z kroplami deszczu na policzkach i z bąblami wszędzie, gdzie tylko komar sięgnie.

Nieogarniona przestrzeń i nieograniczone połacie czasu kuszą, by w końcu wyjść z siebie, przeciągnąć się aż chrupną kości i żyć.
– Lubiłabyś chyba mieszkać na wsi? – mówię do nastoletniej Oli, ktora na co dzień mieszka na śląskim blokowisku.
– Tak. – odpowiada bez zastanowienia – Na takiej jak ta wsi – dodaje dla ścisłości:)
Wracamy właśnie z wyprawy do lasu. Niesiemy litrowy kubek pełen jagód. My dwie i Lalcia. Wszystkie mamy ręce lepkie i pachnące owocami. Śmiejemy się, że jesteśmy jak Alina i Balladyna.
Na powitanie wybiegają nam koty, a w progu domu – zapach kawy, którą ktoś znowu parzył.
Ach!



Po wyjeździe gości dom na chwilę cichnie. Jest kilka dni jakby zadumany, senny, miele jak młyn wszystkie sprawy, które się zadziały, wszystkie słowa, które padły. Wzdycha. Przerabia wolno przeszłe dni na mąkę wspomnień.


Cicho.

Tylko na sznurku na dworze łopcze wyprana pościel i ręczniki.

Bo trzeba być gotowym na kolejne odwiedziny:)

 

 

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na gościnnie

  1. Marzena pisze:

    Cudnie nam u Was było. Dom z zielonym dachem ma wielkie drzwi- jak wrota do stodoły- i jeszcze większe serce ❤️

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *