odwiedziny

Pierwszy raz chyba tak przyjmowałam gościa w domu. Spod kołdry, z oczami płonącymi gorączką.
– Och jo. – powiedział tylko ze współczuciem gość, gdy mnie tak zastał.

Kawusiowa trafiła pod nasz zielony dach akurat, gdy wirus straszny przetaczał się jak czołg po nas wszystkich. Po mnie akurat – zrobiwszy koło – przetaczał się po raz drugi.
Więc wszystko było inaczej niż zaplanowaliśmy.
Ale czyż nie tak bywa często w naszym życiu.
I choć nasze plany nie realizują się według naszych założeń, to przecież nie znaczy, że nie ma planu ani żadnych założeń.
Czasem po prostu trzeba przyjąć co przychodzi bez obrażania się. Zwłaszcza to, na co i tak nie mamy wpływu.
Deszcz. Upał. Chorobę. Starość.

Kiedy więc leżałam walcząc z gorączką, Kawusiowa spokojnie mogła uczyć się robić na drutach skarpetki. Czasem choroba odpuszczała na chwilę i w antrakcie dramatu coś udało się wspólnie pozwiedzać. Podczas takich spacerów pasjonatka fotografii z upodobaniem uwieczniała najbardziej rozsypujące się kamieniczki starego miasta, więc jeśli ktokolwiek kiedykolwiek obejrzy jej zdjęcia z wyprawy w nasze rejony świata, dojdzie zapewne do przekonania, że nie podnieśliśmy się jeszcze z ruin i zgliszczy po drugiej wojnie:)

Potem znów dopadała mnie gorączka. Lecz, gdy spałam, Kawusiowa nie traciła czasu ani rezonu i biegała po okolicznych polach robiąc im portrety w świetle „złotej godziny”. Krzyże. Domy. Malwy przy płotach. Nawet moje spinacze do prania poetycko rozpięte jak uwertura na sznurze.

I w sumie wszystko się udało. Rozmowy. Wspólne gotowanie. Opowieści na tarasie. Żarty na patio. Czasem na moim łóżku, w kipieli kołder i z akompaniamentem elektronicznym termomentru. I pół skarpetki się udało. W paski, rozmiar 40:)

Jednego tylko nie zrobiłyśmy. Nie napiłyśmy się wspólnie kawy, bo garściami łykane tabletki przeciwgorączkowe zupełnie odebrały mi chęć do picia tego aromatycznego napoju, od którego Kawusiową Kawusiową zowią.

Ale wszystko jeszcze kiedyś może się zdarzyć. I zdarzy się. Pewnie znowu inaczej niż zaplanujemy.

Kawusiowa odjechała zostawiając na naszym stole łąkę pełną włóczkowych kwiatów. I wspomnienie toruńskich pierników.

I myśl cieplejszą niż najcieplejszy koc, że…

dobrze jest człowiekowi być z drugim człowiekiem.

ps. Prawie wszystkie zdjęcia są poczynione ręką i aparatem Kawusiowej:)

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

6 odpowiedzi na odwiedziny

  1. kawusiowa pisze:

    Pewnie, że wszystko się udało 🙂

    Kochani, Boży ludzie z was <3 <3 <3

  2. Rivulet pisze:

    Ooo, pozdrowienia serdeczne dla Kawusiowej :))

  3. Również pozdrawiam Was obie dzielne i nietuzinkowe kobiety.?Na pewno jeszcze się spotkacie bez wirusa. A że u Rut odpoczywa się napełniając życiowe baterie wiem nie od dziś…

  4. ruttka pisze:

    Buziaki dla Was trzech???

Pozostaw odpowiedź Rivulet Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *