sosny

Jeden z moich różańcowych spacerów.

Lichą furteczką naprędce kiedyś skleconą wychodzę z sadu na drogę i dalej… Zaszywam się coraz bardziej w zieleń pomiędzy młode brzozy, wierzby, osiki i sosny. Mój wzrok ślizga się po gałęziach, zrudziałych zeszłorocznych pióropuszach traw, nieskazitelnym jak szlachetna stal błękicie wiosennego nieba…
W końcu wzrok zniża loty i opada pod trzewiki, w których przemierzam świat.
Zauważam coś, co mnie zdumiewa. Robię szybki skan w głowie. Potem porównuję go z faktem sprzed miesiąca.
„Jak to możliwe?” – myśl jak błyskawica przerywa wartki potok odmawianych „Zdrowaś”
U moich stóp, w twardej, gliniastej ziemi, na poły jeszcze skutej niedawnym mrozem,
wydane na pastwę wiatrów porywczych i nieubłaganego słońca,
walczące o każdą kroplę rosy z innymi roślinami,
rosną pięknie i prężą się kilkucentymetrowe siewki sosen.

Nikt ich tu nie chroni, nikt o nie nie dba, nikt nie osłania przed racicami leśnej zwierzyny, nikt nie podlewa, nie chucha, nie dmucha, nie obraca doniczki do światła…
Pamiętacie?
Miesiąc temu pisałam Wam o sosence, która przypadkiem wyrosła w doniczce obok mojej kamelii. Miała żyzną ziemię, była podlewana, miała ciepło i przytulnie, czasem nawet ją pogłaskałam po igiełkach przypominających piórka koperku. I odwracałam tak, by starsza kamelia nie zabierała jej całego światła.
Mimo to pewnego dnia zwiędła i umarła.
Teraz stoję zdumiona i porównuję te dwa obrazki.

Przychodzą mi na myśl wszystkie te chwile mojego życia kiedy wydawało mi się, że jestem zupełnie sama. Wszystkie te momenty zagubienia i strachu, paniki i łez rozpaczy, cierpienia i poczucia bezsensu. Wszystkie te kawałki życia, dni, tygodnie, lata cierniste i jałowe, wyschnięte jak pustynia, bez cienia ochłody i cienia nadziei. Wszystkie te noce ciemne i mroźne, które wydawały się nie mieć końca i świtu.
Pamiętam wszystko.
W najciemniejsze dni powtarzałam nieustannie słowa Pawła: „nauczyłem się wystarczać sobie w warunkach, w jakich jestem”.
A jednak przeżyłam. Urosłam. Zmężniałam.
Jestem.
Sosny nie rosną w puchu, lecz na jałowej ziemi. Dojrzewają na piaskach i wśród wichrów.
Wielu z nas jest jak one. Niektórzy rosną na wydmach; są tacy, którzy wysiewają się w szczelinę skały; żywioły obnażają im korzenie, wykręcają ramiona wichury. Ale oni trwają.
Ręka, która je chroni jest przemożna, silniejsza od każdej nawałnicy, precyzyjna, szorstka i pełna niezwykłej miłości.
Wie, że drzewo nie jest kamelią i nie będzie rozwijać się w porcelanowej donicy. Nie nauczy go czekania na konewkę z wodą, lecz jak pożywić się najmniejszą kroplą rosy. Jak przeczekać noc, mróz i podnieść się spod kopyt.
Dotrwać do świtu.

Jeśli choć przez chwilę poczuliście się w środku tej historii, wiedzcie, że ta opowieść jest o Was.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 22 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

3 odpowiedzi na sosny

  1. Serpentyna pisze:

    Dziekuje Rutko – bardzo prawdziwe i poruszajace.

  2. Karolina90 pisze:

    I ja się wzruszyłam

Skomentuj Serpentyna Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *