rodzenie kamieni

Spacerujemy po lesie. Całą rodziną.
Las pachnie nieziemsko i szumi w nieznanym nam dialekcie.
Przemierzywszy jego przestrzeń wychodzimy na skraj. Tu wzrok biegnie nieskrępowanie jak sarna po polach. Aż po horyzont. Ozimina jeży się zamaszyście na zielono.
Zastanawia tylko jedno.
Skąd tu tyle kamieni? Małych i zupełnie dużych. Znam to miejsce. Jesienią pola były gładkie. Przeczesane ludzką ręką, uprawione, zabronowane.
– Ziemia wypycha zimą kamienie na powierzchnię – tłumaczy mi mąż, syn rolnika.
– Dlaczego?
– Przez mróz. – odpowiada lakonicznie i krótko.
Ludzie wsi po prostu to wiedzą.
Zasada stara jak świat i wyryta w pamięci sentencją znaną od pokoleń : „ziemia rodzi kamienie”.
– Jeden chłopak – dodaje mąż – zrobił sobie nawet specjalną maszynę do zbierania kamieni z pola.
Tak. Teraz sobie przypominam – przy każdym polu, na każdej niemal miedzy, pod starą rosochatą gruszą zawsze leżały stosiki kamieni. Z roku na rok coraz większe i większe. Zbierał je dziad, potem ojciec, syn, wnuk… Przez lata, dekady.
Ziemia co wiosnę rodziła głazy, a oni cierpliwie i w pocie czoła je zbierali. Bez utyskiwania zbędnego. Akceptując tę cechę ziemi. Jej kamieniorodność.
Czasem zrobili z kamieni podmurówkę pod dom, wybudowali piwniczkę albo przydrożną kapliczkę. Czasem brukowali kawałek podwórka. Ten najbardziej błotnisty i uciążliwy. Sklecili cembrowinę studni, palenisko w domu. Wyrównywali nierówności drogi przez wieś. Zrobili parkan wokół cmentarza.

Ziemia rodziła im kamienie, a oni z wdzięcznością nawet to od niej przyjmowali. I oswajali polne kamienie, by służyły i ludzkie życie czyniły lepszym.

Być wdzięcznym. Także za trud i opokę życia, przez którą trzeba się mozolnie przebijać czasem.
Być pogodzonym. Także ze sobą. Z tym, że często rodzę kamienie. A najobficiej wtedy, gdy ściśnie mnie przymrozek. I muszę znieść cierpliwie i bez utyskiwania swoją grzeszność, błędność, głupotę.
Być cierpliwym. Wciąż i wciąż na nowo kamienie wybierać, znosić z pola własnego serca i umysłu.
Bóg dał nam sam maszynę do ich zbierania. Konfesjonał.

A na końcu, z czasem, kiedyś… zrozumiem także i to, że „potykałem się dobrym potykaniem”, a dla Boga nie jest niczym trudnym nawet z moich grzechów zbudować mi drogę do nieba, podmurówkę pod świętość, studnię łask, piwnicę, w której zachowa od zepsucia to co najcenniejsze – pokorę…

Z wiekiem odkrywam to coraz bardziej i wyraźniej.
Celowość mojego błądzenia.

O ruttka

Szczęśliwa żona od 20 lat, mama czwórki dzieci, w tym dwójki dorosłych. Poszukiwaczka skarbów w codzienności, zakochana w Bogu i oddana Maryi. Zapatrzona w biblijną Rut - wierną aż do bólu i umiejącą zbierać z pól te kłosy, które przeoczyli inni. Kochająca poezję, książki, muzykę, rośliny i piękno w każdej postaci.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

4 odpowiedzi na rodzenie kamieni

  1. Dorota pisze:

    Piękne przemyślenia. Pokora wobec tego, co po drodze (i na drodze) mnie spotka. Pokora wobec tego, co przynosi codzienność.

  2. Ppp pisze:

    Zależy, jak kto rozumie kamienie. Ja je rozumiem ogólnie jako „problemy”, niekoniecznie będące grzechami lub z nimi związane. Autobus mi uciekł – grzech niczyj, ale problem jest. Zatem konfesjonał nie jest rozwiązaniem, a czasem wręcz siedzący z nim ksiądz może być kamieniem.
    Pozdrawiam.

    • ruttka pisze:

      Tak. Różne są problemy. I kamienie. Zapomniałam jeszcze dopisać że ja sama dla siebie czasem jestem największym kamieniem i orzechem do zgryzienia.
      Konfesjonał nie rozwiązuje wszystkiego. Zasadniczo głównie grzechy. Ale przyszłam kiedyś, zupełnie niedawno z wielkim ciężarem do konfesjonału. Większym niż autobus który uciekł. Opowiedziałam jak jestem tym zmiażdżona i ksiądz nie okazał się kamieniem. Jeden, drugi, trzeci kapłan.
      Dostałam pociechę i wsparcie.

  3. Grażyna Maria pisze:

    Dziękuję!

Pozostaw odpowiedź Grażyna Maria Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *